Kłopoty to babska specjalność, czyli gdzie (podobno) nie należy szukać faceta

Na zdj. kadr z filmu „Don Jon”, reż. Joseph Gordon-Levitt

Jak możesz twierdzić, że kochasz jednego człowieka, skoro na świecie jest dziesięć tysięcy ludzi, których kochałabyś bardziej, gdybyś ich kiedyś poznała?

Charles Bukowski, „Kłopoty to męska specjalność”

Podobno dwa najgorsze miejsca na poznanie faceta (nie licząc kółka różańcowego oraz spotkań AA), to internet i dyskoteka. W internecie trafisz na psychopatę, co potwierdza przypadek niejakiej Natalii, a na imprezie – na chama, który liczy, że przytarga z niej coś do bzykania.

Wychodzi z tego zatem, że w szukaniu tej wielkiej miłości popełniłam w życiu dwa największe błędy świata, które zaowocowały dwoma świetnymi związkami. Serio, udało się. Ale to tak zajebiście udało, że żadnego z chłopaków nie zamieniłabym na innego. To znaczy, wtedy.

Pierwszego poznałam jeszcze na IRC-u. Znacie IRC-a? Gimby na pewno nie znają. To było coś takiego, jak czat, ale fajniejsze, bo gadało się z ludźmi od siebie z miasta. I nie, że laptop na kolanach, tylko dawaj zasuwać do kafejki internetowej gdzieś na końcu świata, płacić gruby hajs za godziny i jeszcze stękać, bo ktoś Ci zagląda przez ramię. Pamiętam, że miałam wtedy nick Meja i sturlałam się z górki nad stawem na ognisku zapoznawczym. To było bolesne wejście, ale przynajmniej wszyscy przez chwilę się śmiali.

I tak się jakoś złożyło, że my się z tym chłopcem zgadaliśmy i spotkaliśmy i on mi żadnej krzywdy nie zrobił, poza tym, że z czasem przestał mnie kochać, jak również ja jego. Ale to się ludziom przydarza, jak na przykład mnie przydarzył się teraz koniec mydła w płynie z Rossmanna.

A fajne to było chodzenie, jeszcze za czasów gimnazjum, a potem całego LO. Wiecie, przychodził po mnie rano, odprowadzał do szkoły. Później ze szkoły odbierał, a w czasie przerw wpadał czasem na buzi. Był dwa lata starszy i dwa razy wyższy i przez chwilę wydawało mi się, że wystarczy mi za cały świat. I nie pamiętam już, co było źle, ale pamiętam, że kiedy nie chciałam przyjść do niego do domu, to namalował mi strzałki sprayem na drodze. Przez całe miasto, bo mieszkaliśmy na dwóch różnych końcach. A kiedy przyszedł do mnie i wstydził się wejść, no bo mama, i nagle zaczęło padać, to wszedł pod stół ogrodowy i ze mną pod nim tak siedział. Tak, to było bardzo miłe kochanie, chociaż ogólnie to był skurwysyn i drań.

I drugie kochanie też było fajne, już doroślejsze, z wizją domu i imionami dla dzieci. Też cztery lata i facet też poznany nie tak, jak należy, bo właśnie na dyskotece. Na pierwszy rzut oka, taki tam, co gra w baseball i dobrze wygląda, zwinie się nad ranem i tyle go będzie. No ale. Duże, silne ramiona. Ciepła, szara bluza. Wiedział, kiedy otworzyć wino, a kiedy wcisnąć mi do torebki cukierki. I mieliśmy takie ładne rytuały, kiedy zostawialiśmy sobie porozwieszane po domu, żółte karteczki i mówiliśmy sobie codziennie, jak bardzo się nawzajem kochamy. I chyba nigdy nie powiedział do mnie „Aśka”, chociaż tak mam właśnie na imię, bo od tego słowa jest milion piękniejszych słów i ja – taka pyskata zwykle i wredna – rozpływałam się w tej jego dobroci i tylko z nim chciałam otwierać szampana. I lubiłam patrzeć, jak gra w ten baseball i kochać się z nim, jak wygrywał mecze i upijać się z nim, kiedy przegrywał. I potem też zresztą się kochać.

No, ogólnie, to była miłość, przywiązanie i seks. A potem zrobiło się z nią to, co prędzej czy później robi się z każdym mydełkiem.

Jakkolwiek, te dwie historie nauczyły mnie jednej bardzo ważnej rzeczy: nie ma złych miejsc na poznanie fajnego faceta. Na psychopatę możesz trafić wszędzie, włącznie z basenem, kwiaciarnią i zlotem fanów kucyka Pony (no tu chyba to zwłaszcza). A na imprezy nie przychodzą tylko pajace z priorytetem ruchania – tam też można znaleźć sobie męża, przyjaciela lub chociaż niańkę do dziecka.