Kiedy na „co czujesz” odpowiedzieć „pierdol się”?

Na zdj. kadr z filmu „Reprise”, reż. Joachim Trier

Błogosławiony ten, co nie mając nic do powiedzenia, nie obleka tego faktu w słowa.

Julian Tuwim

Jest pewien stopień wulgaryzacji języka, którego staram się na tym blogu nie przekraczać. Nie dlatego, że specjalnie subtelna jestem na co dzień, ale dlatego, że szanuję ludzi o większej niż ja wrażliwości. Dziś jednak będzie inaczej, bo wszelka wrażliwość bywa za często przekraczana.

Mowa o prostym pytaniu: co czujesz? Niby niewinne, czasem nawet pomocne, ale – zadane w niewłaściwych okolicznościach – działające podobnie jak sól wysypywana na ranę. Najprostszy przykład? Sportowcy. Nieudany mecz, skok, bieg. Cokolwiek. O co w takiej sytuacji może zapytać dziennikarz? Nie może nie zapytać o nic, bo mu w redakcji wbiją zszywki w czoło. Ale może posłużyć się czymś takim, jak mózg, i zamiast sztampowego i nieudolnego: co teraz czujesz? zapytać: co poszło nie tak, jak zamierzasz pracować dalej, dlaczego sytuacja potoczyła się tak, a nie inaczej. Wszystko jest wtedy kwestią chwili – ważne są okoliczności, więc trudno o pytania uniwersalne. Ale nie, pytanie co czujesz? także nie jest pytaniem uniwersalnym.

Inny przykład? Przewijające się w mediach nagłówki typu: co czują ludzie, kiedy dowiadują się, że są chorzy na raka? A – przepraszam, bo teraz będzie wulgaryzm – co mają, kurwa, czuć? To nie jest uczucie zbliżone do tego, jakie udziela się kowbojowi, przemierzającemu prerię na tle zachodzącego słońca. To nie jest uczucie, jakie towarzyszyć musiało Proustowi, kiedy rozkoszował się smakiem maczanej w herbacie magdalenki. To jest bardzo chujowe uczucie, którego – jak podejrzewam – nie da się porównać do niczego innego. Jątrzenie w tej ranie, zmuszanie człowieka do opisywania tego, co czuje, oczekiwanie od niego raportu z jego własnego cierpienia, nie jest zwykłym draństwem. Jest przede wszystkim ogromną, niewybaczalną głupotą.

Sytuacja kolejna: śmierć bliskiej osoby. Z żałobą jestem na bieżąco, ostatnio odszedł jeden z najbliższych mi w życiu ludzi. Pomijam idiotyczne kondolencje, wymawiane na pogrzebie nieudolnym tonem. Jestem w stanie je jeszcze zrozumieć, sama nie umiem dopasować się do cudzego cierpienia. Ale po to mamy milczenie. Gesty. Spojrzenia. Nie wszędzie trzeba wciskać słowa.

Co jednak słyszę? Co czujesz. Nie: jak się czujesz?, bo to by się dało jeszcze obronić. Można by wtedy pomyśleć, że komuś zależy na moim dobrym samopoczuciu. Na tym, że chce autentycznie wiedzieć, jak sobie radzę i czy nie potrzebuję pomocy. Wsparcia, pociechy, whatever. Ale: co czujesz?

Nie wiem, czy mięśnie na moim czole zacisnęły się kiedykolwiek równie mocno. Czy spojrzałam na kogoś kiedyś tak, jak wtedy, na tę kobietę, genetycznie mi ponoć bliską, na tamtym cmentarzu. Nie da się wymierzyć nienawiści, jaką poczułam do niej w tej jednej, krótkiej chwili. Jak i długo potem.

Bo pytam: a co można, u licha, czuć? Co można czuć w momentach ostatecznych, kiedy cała nasza uwaga skupia się na tym, żeby nie oszaleć z bólu i cierpienia? Jak odpowiedzieć? Czuję się świetnie, szkoda, że nie ma zimy, to ulepilibyśmy razem bałwana?

I nie, nie interesuje mnie mówienie, że ktoś chciał dobrze. Kupowałam to usprawiedliwienie do czasów podstawówki, później uwierzyłam, że poza dobrymi chęciami ludzie wyposażeni są także w mózg. I byłabym wdzięczna, gdyby ten mózg nie porastał mchem. Dla dobra mojego, jak i wszystkich innych.