Kiedy bloger udaje kogoś, kim nie jest, czyli spór o recenzję

Na zdj. kadr z filmu „Jaś Fasola: Nadciąga totalny kataklizm”, reż. Mel Smith

Najbardziej mnie teraz wkurwia u młodzieży to, że już więcej do niej nie należę.

Kazik, „No speaking inglese”

Chwilę temu w blogosferze wybuchła afera o to, kto może pisać recenzje. Zabrałabym głos w niej już wcześniej, ale tak się niefortunnie złożyło, że nadeszła wiosna i mama kazała mi umyć okna dla Jezuska. W każdym razie, morał płynął z niej taki, że bloger NIE MOŻE, bo nie jest znawcą ani literatury, ani kina i parając się pisaniem recenzji, oszukuje i krzywdzi swoich czytelników, podając się za speca, którym wcale nie jest. Bo przecież brak mu kompetencji.

To ja na wstępie chciałabym zaznaczyć, że kompetencje to trzeba mieć, jak chce się wyrwać komuś ósemkę lub przeszczepić nerkę. Do napisania, czy nam się dany wytwór kultury podobał, czy nie, wystarczy tylko chęć. I wydaje mi się, że blogerzy są tutaj całkiem wiarygodni, bo – w przeciwieństwie do „papierowych” pismaków – im nikt niczego nie każe i niczego na nich nie wymusza. Mogą pozwolić sobie więc na szczerość i bezkompromisowość, których próżno szukać gdzie indziej. Czy są przy tym rzetelni i warsztatowo dobrzy? Rzadko. Ale przecież czytelnik sam sobie wybiera, na czyjego bloga wchodzi, a na czyjego już nie.

Natomiast wszyscy krzykacze, którym recenzje na blogach się nie podobają, mają zwykle jedną cechę wspólną: sami mają blogi, których nikt nie czyta. I nie, nie mówię tu o autorze rzeczonego wpisu, ale szerzej, o smutnych komentatorach, którzy tylko patrzą, komu szpilę wetknąć. Stąd zresztą cytat z Kazika. Ból dupy towarzyszy bowiem głównie tym, którym nie wyszło/nie wychodzi/nie wyjdzie i którzy – dając upust własnej frustracji – chcą powytykać błędy innym. Tylko na jakiej podstawie? Co za nimi stoi? Każdego z nich zapytałabym: a kim Ty, pyskaczu, jesteś?, ale przecież guzik mnie to obchodzi.

Pozostając jednak w klimacie, podrzucam Wam siedem cudownych pretensji i zarzutów, na jakie trafiam, przeglądając w internecie recenzje. Enjoy!

1. To nie jest recenzja

Jeśli macie pod ręką dziecko – cudze albo własne – to weźcie je na spacer na przykład do KFC i spalcie się ze wstydu, kiedy wskaże pierwszą z brzegu otyłą osobę, krzycząc na cały głos: TEN PAN JEST GRUBY.

Otóż koń, jaki jest, każdy widzi. Nie każdy tekst, traktujący o dziele – literackim, kinowym, muzycznym – musi być recenzją. Natomiast jak grzyby po deszczu wyrastają nam znawcy, często kierunków dziennikarskich na szemranych, prywatnych uczelniach, który liznęli coś z pogranicza teorii i będą teraz wytykać, że nie taki gatunek, nie taka stylistyka albo nie taka struktura. Możecie, śmieszki-dokuczajki, tylko pytam: po co? Czytelnik ma w głębokim poważaniu, jak gatunkowo zakwalifikować tekst, który właśnie przeczytał. Tekst ma być ciekawy – tylko tyle i aż tyle, aby z głośników mogły zabrzmieć fanfary.

2. Ta recenzja nie jest obiektywna

Mój ulubiony zarzut, a jednocześnie szczyt niewiedzy, głupoty albo ignorancji. Recenzja nie może być obiektywna, bo JEST OPINIĄ. Ma w sobie ocenę, ma za zadanie przedstawić punkt widzenia autora. Ma powiedzieć czytelnikowi, co jest dobre, a co złe, a także wyjaśnić, dlaczego. Oczekiwać od recenzji, żeby była obiektywna, to jak oczekiwać od źrebięcia, że nagle poleci. No więc nie poleci, choćbyście na rozpęd kopnęli je w zad.

3. Ta recenzja jest za krótka

Za krótki to może być stosunek. Recenzja jest dokładnie taka, jak wymyślił to sobie jej autor. Może mieć 160 znaków – jak SMS, albo cztery akty – jak „Jezioro łabędzie”. Tylko od jej autora zależy, czy będzie długa czy krótka, tylko on wie najlepiej, ile ma w danej kwestii do powiedzenia. W przypadku prasy nikt się o długość nie czepia, bo wiadomo, że papier to nie guma i tego się nie rozciągnie. W przypadku internetu wszystko okazuje się nagle za krótkie, bo przecież nie ma tu ograniczeń, a blog przyjmie wszystko. No więc blog to nie jest Sasha Grey, żeby wszystko brać musiał na klatę.

4. Zabrakło mi…

Zawiedzionemu czytelnikowi zabrakło na przykład szerszego kontekstu. Innych przykładów. Porównań. Odniesień. Zły recenzent nie spełnił jego oczekiwań i nie uwzględnił potrzeb czytelnika. No więc, ptysiu, NIE. Zabraknąć to Ci może 20 groszy na kawę z automatu oraz 3 centymetrów do zaspokojenia laski. Recenzenta nie obchodzi, czego Ci zabrakło, bo jego tekst ma oddać dokładnie to, co chciał Ci przekazać. Nie mniej i nie więcej.

5. A kim Ty jesteś, żeby…

Czyli: jak nie jesteś Tomaszem Raczkiem albo Justyną Sobolewską, to ani o kinie, ani o literaturze, wypowiedzieć Ci się nie wolno. Ostatnio na jednym z blogów pojawił się przezabawny tekst, oskarżający blogerów o oszukiwanie swoich czytelników, bo podpychają im pod nos swoje z dupy wzięte opinie i ośmielają się nazywać je recenzjami. No więc robią tak, bo mogą, a recenzja to właśnie opinia. Jak ktoś ma problem z definicją, to niech sięgnie trochę dalej niż Wikipedia i wstrzyma się z osądami typu „bo Ty gówno wiesz i gówno w życiu widziałeś”, bo ja się wtedy zastanawiam, czy nie pisze do mnie przypadkiem polska modelka z Instagrama.

6. A co Ty wiesz o…

Zarzut podobny do wcześniejszego, zarzucający recenzentowi brak kompetencji. No więc ja teraz mogę zabrzmieć jak bufon i przyznać się, że mam tytuł magistra z krytyki literackiej i artystycznej, doświadczenie tak w mediach internetowych, jak i w prasie drukowanej, a moje OPINIE cytowane były nawet na okładkach książek. Ale nie robię tego, bo nikogo to nie obchodzi. Najważniejsze dla mnie jest to, czy moi czytelnicy wciąż chcą mnie czytać. Nie to, co mam w papierach oraz czy są one żółte. A jeśli próbuje się podważać czyjeś kompetencje, to najpierw wypadałoby o nie zapytać, żeby nie strzelać w ciemno i elementarną choćby wiedzę w tym zakresie mieć.

7. O gustach się nie dyskutuje

Chciałam napisać, że argument najgłupszy z możliwych, ale wszystkie są jednak bezkreśnie głupie. Jak to się nie dyskutuje? To po co komu recenzje? Po co istniałaby krytyka? O czym mielibyśmy rozmawiać? Życie toczy się wokół wyrażania opinii, a aby wygłosić opinię, należy mieć swój gust. Obrońcy tego idiotyzmu w ogóle nie powinni zabierać głosu, bo jak może nie podobać im się dana recenzja, skoro podobanie się to rzecz gustu, a o gustach… I tak dalej, i tak dalej. Czasem dobrze jest myśleć, co się mówi, a nie tylko mówić, co się myśli.

I z tą piękną refleksją zostawiam Was w ten słoneczny dzień!