„Kicia, nie miaucz”, czyli statusy z fejsa ocalamy od zapomnienia

Dziś przed Wami kolejna porcja statusów z FB. Ponieważ życie nie oszczędza mi wrażeń, a Wy je lajkujecie radośnie, szkoda by było, żeby gdzieś nam w odmętach internetu przepadły. A zatem – bierzcie i śmiejcie się z tego wszyscy, choć mnie w tych sytuacjach nie zawsze było do śmiechu! ;)

  

5:52. wsiadam do pociągu. dosiada się jakaś napruta baba, która śmierdzi bardziej, niż drużyna piłkarzy po meczu. myślę: trudno. pod samym Wrocławiem stajemy. stoimy tak pół godziny, więc dzwonię po taksówkę, żeby mnie szybko zgarnęła z dworca, bo spóźnię się do roboty.

przyjeżdża ON. mój ulubiony gatunek człowieka, to jest łysy i w szarej bluzie, z wielkimi barami i Bajmem lecącym z głośników. mówię, że się spieszę, na co ten jedne czerwone światła, drugie. torowiska, chodnik, znowu czerwone. mówię więc, że aż tak, to się znowu nie spieszę, na co on:

– kicia, nie miaucz. chcesz być punktualna czy święta?

  

– pani, a na wódeczkę da?

– da.

– e.

– no da, proszę.

– o, w sam raz. mógłbym chcieć więcej. ale nie chcę, dziękuję.

 

  

Nie lubię dzieci w komunikacji miejskiej, ale jeszcze bardziej nie lubię starych kobiet, mówiących tym biednym mamom, jak mają wychowywać swoje dzieci. Natomiast dzisiejszy dzień wygrywa krzepka 80-latka, która ze stoickim spokojem podeszła do drącego się na całe gardło malca i rzekła:

– Masz nóżki, to na nich stój. Masz rączki, to się nimi trzymaj. Masz buzię, to ją zamknij i bądź szczęśliwy, bo inaczej Cię zjem.

 

  

Tramwaj. Stajemy na przystanku, otwierają się drzwi, wsiada trzech gości w granatowych koszulkach. Laska tak podrywa się z siedzenia, że mało nóg nie połamie. Mija ich, wyskakuje w ostatniej chwili. Na co jeden krzyczy za nią:

– Proszę pani, my nie jesteśmy kanarami, my tylko mamy chujowe koszulki!

 

  

ławeczka, dwie.

– i tak już kilka lat. nie mogę sobie znaleźć stabilnego źródła dochodu.

– mówisz o swojej pracy?

– nie. o swoich byłych.

 

  

rozmowy z kumplem:

– no i co w końcu z tą laską? widujecie się?

– a daj spokój.

– co znowu poszło nie tak?

– kichnęła.

– kurwa, stary. laski kichają. sikają i robią te inne straszne rzeczy.

– ale ona kichnęła mi w twarz. mając buzię wypchaną kebabem.

(nie zdołałam bronić jej dalej.)

 

  

– wiesz, po czym poznać, czy pracujesz czy siedzisz na fejsie? po tempie pisania. do roboty się tak nie palisz.

matka <3

 

  

robię sobie kawę, woła mnie tato:

– niuńka, tam masz ptasie mleczko w szafce, kupiliśmy Ci.

– fajnie, dzięki, ale to już nie dzisiaj.

– dzisiaj, no wyciągnij.

– nie, raczej nie.

– a sprawdź tam datę ważności.

– tato, grudzień.

– NO WYCIĄGNIJ TO, BO CHCĘ ZJEŚĆ.

 

  

przed godziną dostałam SMS z obcego numeru z pytaniem o to, czy muszę być taką zdzirą.

rozpatrzyłam wszelkie za i przeciw, byłam gotowa iść nawet na pewne ustępstwa. myślę: Aśka, słuchaj, nie musisz.

kiedy miałam odpisać, dorzucił: „nie wkurwiaj mnie tym milczeniem, Aneta”.

a mogliśmy razem zmienić świat.

 

  

no więc budzę się dzisiaj jak ofiara przemocy domowej, tu siniak, tam siniak, no generalnie jakby mi ktoś spuścił energiczny wpierdol. postanawiam się temu przyjrzeć przez najbliższe dni.

schodzę po śniadanie, zahaczam o kant stołu. chwilę potem przywalam w otwarte drzwiczki od zmywarki, a na koniec wylewam na siebie wrzątek.

po 13 minutach jestem w stanie zakończyć obserwację.

 

  

PS. Pierwszą część opowieści znajdziecie we wpisie „Ja i ludzie. Dialogi z drogi”. Enjoy! ;)