Każdemu jego pustynia (gdy z miast uciekamy do miast)

Na zdj. kadr z filmu „Ona”, reż. Spike Jonze

Jedyne lekarstwo dla znużonych życiem w gromadzie: życie w wielkim mieście. To jedyna pustynia, jaka jest dziś dostępna.

Albert Camus

Nie jestem ze wsi, chociaż moje dzieciństwo faktycznie toczyło się wśród pól ziemniaków i przebiegających pod nogami kur. Tak wyglądały kiedyś miasta, te małe i zaniedbane. Tak wyglądają też pewnie i dzisiaj, tylko rzadko w takich bywamy. Kiedy możesz lecieć do Rzymu za kilka dych, nie tłuczesz się pociągiem, żeby podziwiać mieściny Polski B.

I chociaż nie była to wioska, wszyscy wszystkich znali. Jedni mówili na to: solidarność, inni: plotkarstwo. Bo wiecie. Nie tak, że wspólne biesiady i odmawianie różańca. Raczej sąsiedzkie wieści, rozprzestrzeniające się tempem podpalonego kota, najlepiej złe. Pewnie kojarzycie tę modlitwę z „Dnia Świra”: Gdy wieczorne zgasną zorze, zanim głowę do snu złożę, modlitwę moją zanoszę, Bogu Ojcu i Synowi, dopierdolcie sąsiadowi! Więc tak się wtedy żyło i kompot z gruszek piło.

Jakkolwiek, oficjalnie było to miasto. Niewielkie, bo zaledwie siedemnaście tysięcy mieszkańców. Ale nie schowasz się tam przed nikim. Jedno liceum, dwa kościoły, dwa parki. Knajpy może ze trzy, ale i tak wszyscy bywaliśmy przecież w tej jednej. Tak, było nam ciasno. Chodziliśmy ze sobą, rozstawaliśmy się, toczyliśmy podwórkowe wojny. Mieliśmy po naście lat i myśleliśmy, że świat stoi przed nami otworem.

Dlatego tak śmiało w niego uderzaliśmy. Ja skromnie, sto kilometrów dalej. Do większego, piękniejszego Wrocławia. Miasta, które przez kilka lat zapierało mi dech, ilekroć mijałam Rynek. I za każdym razem, gdy patrzyłam na Odrę. Albo gdy z dziewiątego piętra redakcji spoglądałam na mglistą, zaspaną panoramę. Albo gdy zaszywałam się w kompletnie pustym kinie, podkulając kolana i myśląc, że Boże, udało się. Jestem tu, daleko i sama i nikt mnie przecież nie znajdzie.

Dopiero z czasem odkryłam, że miasta się kurczą. Że chłoniesz te przestrzenie, tych ludzi jak gąbka, aż w końcu nasiąkasz nimi i znowu robi się ciasno. Tak, wróciłam do etapu domu rodzinnego. Mieszkam w mieście, gdzie obok siebie żyje ponad sześćset tysięcy ludzi, a ja wciąż wpadam na tych samych. Nie bywam codziennie w tych samych kawiarniach, zmieniam trasy, unikam tramwajów, a jednak wciąż, gdzieś, spotykam ludzi, od których mam ochotę uciekać. Którzy wnieśli do mojego życia coś dobrego albo coś złego, ale których chciałabym zamknąć już w szufladce pod tytułem „przeszłość”. A jeśli mijasz swoją przeszłość w drodze po bułki, to nie jest ona przeszłością.

Nadal umiem się zaczytać i przegapić przystanki. I na tym końcu świata, na którym wysadzi mnie motorniczy, wpaść na chłopaka, który złamał mi serce. Albo stać w kolejce do dziekanatu, chociaż sama już nie studiuję, i wpaść na chłopaka, któremu serce złamałam ja. Chociaż on też nie studiuje i żadnego z nas nie powinno w tym momencie tam być.

Potrafię też trafić do szpitala i wpaść na chłopaka, z którym minęliśmy się w życiu całkiem bez sensu, chociaż wiedzieliśmy o tych łunach, które mogliśmy pozostawić za sobą. Ja, obolała, jak zbity pies i on jakiś niewyraźny, chociaż odwiedza ciężarną dziewczynę. Nie wiem, czy razem poszłoby nam lepiej, ale widzę, że osobno też nie spisaliśmy się dobrze.

I to wszystko w starym, dobrym Wrocławiu. Tym wielkim mieście, do którego uciekałam po przestrzeń. Dlatego pocieszam się, że wciąż są inne pustynie. Większe i niezamieszkałe w byty znajome i ciepłe. I chociaż myślę, że i tak jestem w tym swoim życiu wielką farciarą, to czasem mam nieodparte wrażenie, że ktoś powinien był nas jednak ostrzegać.

Że świat może i stoi przed nami otworem, ale tym otworem może na przykład być dupa.