Kanapa, tuńczyki i seks. Bo dzisiaj jest Dzień Konsumenta

Na zdj. kadr z filmu „Fight Club”, reż. David Fincher

Kupujesz meble. Mówisz sobie, to jest ostatnia kanapa, jakiej będę potrzebował w życiu. Kupujesz kanapę, potem przez parę lat jesteś zadowolony, że cokolwiek będzie się działo złego, masz przynajmniej rozwiązaną sprawę kanapy. Potem idealne łóżko. Zasłony. Dywan. A potem jesteś uwięziony w swoim uroczym gniazdku i stajesz się własnością rzeczy, które kiedyś były twoją własnością.

Chuck Palahniuk, „Fight Club”

W odległych czasach, kiedy w Warszawie można było jeszcze spotkać leje po bombach, a mnie wydawało się, że dobrze jest być dziennikarką, napisałam reportaż. O minimalistach. O ludziach, którzy wolą być, niż mieć. Którzy pozbyli się nadmiaru rzeczy i zamiast nich, zaczęli kolekcjonować emocje. Podróżować, spotykać się z ludźmi, rozwijać swoje pasje. Słuchałam ich wtedy jak oczarowana. Byli dla mnie tym, czym dla Holly Golightly wizyta u Tiffany’ego. Czymś zachwycającym, ale jednak odległym. Czymś, na co chce się patrzeć, w czym można by poczuć się wreszcie bezpiecznie. A jednocześnie – niedostępnym, nie tu i nie teraz. Popatrzeć – zawsze. Wejść do środka – jakoś niepodobna.

Nie chciałam żyć, jak oni. Pozbawiać się tego, co lubię. Jeśli jest to dziesiąta para butów, co w tym złego? Jeśli setna książka? Dwudziesty komplet bielizny? Dobrze jest mieć. Otaczać się pięknymi rzeczami, wydawać ciężko zarobione pieniądze na to, co faktycznie sprawia nam frajdę. Ale wtedy jeden z rozmówców powiedział mi, że pozbył się samochodu. Że uśmiecha się, ilekroć w telewizji lecą te wszystkie wymuskane reklamy. Bo kiedy sam jedzie przez miasto rowerem i widzi pieklących się w korkach kierowców, jakoś nie przypomina mu to widoku kowboja na tle zachodzącego słońca.

To było piękne zdanie, znaczące. Ale też smutne. Bo można było stanąć później przed wielkim lustrem, takim od podłogi aż przez pół ściany, w tych ukochanych szpilkach, w ulubionej bieliźnie i pomyśleć: kurwa, to to?

Wtedy pierwszy raz pomyślałam, że rzeczy nie służą zaspokajaniu potrzeb. Służą zagłuszaniu potrzeb. Uspokajają, poprawiają humor. Po ciężkim dniu w pracy, po kłótni z matką, po kolejnej randce, kiedy ten fajny niby facet okazał się skończonym palantem. Kupować, żeby o czymś zapomnieć? Aż samej siebie było mi żal.

Ale tak wychowała nas ta kultura. Nauczyła, że człowieka definiuje się poprzez stan posiadania. Że facet z Audi jest fajniejszy od faceta z Escortem, a gacie z metką Triumpha lepiej leżą na dupie, niż te na przykład z H&M. Że lepiej mieć pięćdziesiąt bluzek, niż pięć, chociaż w trzech czwartych i tak się przecież nie chodzi. Że plazma na pół pokoju zrobi Ci lepiej dzień, niż spacer latem po plaży.

I dziś mamy Światowy Dzień Konsumenta. Tego biednego, zapracowanego człowieka, który żyje, aby kupować. Który nie pracuje tyle, aby wystarczyło mu jakoś na życie, ale aby w tym życiu mieć jak najwięcej. Było takie przemówienie Johna Kennedy’ego z 1962 roku, kiedy mówił on o ochronie praw konsumenta. Powiedział wtedy ważne, ale i straszne zdanie. Że „konsumenci to my wszyscy”. Bo nie da się dziś nie kupować.

Przypomina mi się od razu wyciek ropy w Zatoce Meksykańskiej, kiedy świat obiegły memy kpiące z Baracka Obamy i przekręcające jego słowa. I jeden z nich. Że w obliczu tak wielkiej tragedii, wszyscy jesteśmy tuńczykami.

Poziom samoświadomości podobny. Konsument to taki tuńczyk, który dusi się w tej oleistej ropie. Kolejne rzeczy zalepiają mu skrzela, ale chwyta je dalej, pełnymi haustami. Bo oddychanie jest mu potrzebne do życia.

No więc nie daj sobie wmówić, że kupowanie jest Ci potrzebne do życia. Do życia potrzebne jest tylko jedzonko i seks. I czasem trochę miłości.