Jakub Żulczyk oraz 40 prawd o bólu i miłości

Ludzie uwielbiają być ranieni. Odruchowo i posłusznie idą tam, gdzie jest ból. Kojarzą go z bezpieczeństwem. Mylą z miłością. To nawet nie jest smutne, to banalne jak cykl dobowy i prawie wszyscy są do tego przyzwyczajeni.

Jakub Żulczyk, „Ślepnąc od świateł”

Dzisiaj przed Wami najlepsze fragmenty z najnowszej powieści Jakuba Żulczyka. Jeśli jeszcze nie czytaliście „Ślepnąc od świateł” – koniecznie przeczytajcie. To najlepsze, co spotkało ostatnio polską literaturę i nie wierzę, żeby cokolwiek mogło to szybko przebić.

Cytaty Jakuba Żulczyka

A jak wygląda twoje szczęście? – pytam.

-Zszywam to szczęście z powrotem do kupy – odpowiada.
-Podarło się?
-Kompletnie. Ale, wiesz, da się je uratować. Trzeba tylko użyć innych nitek – mówi.
-Może to też kwestia materiału.

A może po prostu ty najbardziej lubisz wypowiadać ładne zdania i smutno przy tym wyglądać, więc podporządkowujesz temu wszystko w swoim życiu?

Chowam twarz w dłoniach, dotykam palcami czoła, jest zimne. Takie, jak ma być. Mam temperaturę ciała niewiele wyższą od temperatury trupa, czyli idealną.

Coraz gorzej przychodzi mi zachowywanie spokoju. Opuszczam się w tym. Zapominam, jak to się robi.

Coś do niej czułem, to było być może to coś, co inni ludzie czują do psów.

Ćpa się, żeby wyrobić.

Dotykam dłonią głowy. Chyba boli. Mrugam. Tak jakby z dnia na dzień wszystko robiło się coraz bardziej zamglone, stopniowo, o ułamek procenta. Jakby sen wlewał się do jawy przez jakieś małe pęknięcie, rozrzedzał ją, nadżerał. Muszę coś z tym zrobić. Więcej spać. Iść po leki.

Gdy zaczynasz uciekać, ktoś zawsze chcę cię złapać.

Ja nic nie wolę. To ty, tak jak wszyscy, wyjąłeś sobie wszystko z głowy i włożyłeś w tablet, w komputer, w chmurę, w cokolwiek – odpowiadam. – W pamięć zewnętrzną. Co się stanie, jak pamięć zewnętrzna się zepsuje?

Jestem jak te wszystkie idiotki, które mają po dwadzieścia parę lat i wydaje im się, że mają czas i są ładne, i są rozpieszczone powodzeniem, i że cały świat składa się z fantastycznych facetów, których można odpychać, odsuwać, grzać się przy nich dwa, trzy miesiące, a potem przeskoczyć na następnego. Jestem jak te wszystkie cipy, które nie wiedzą, co robią.

Jeśli ktoś lub coś ma cię zaskoczyć, i tak to zrobi, nieważne, jak nerwowo będziesz się rozglądał, jak cicho będziesz szedł, na ile zamków zamykał drzwi.

Każdy normalny człowiek potrzebuje kogoś. Potrzebujemy być blisko. Skóra potrzebuje skóry.

Ludzie demolują życie innym ludziom, ale tylko dlatego, że są przez nich zapraszani i wpuszczani. Są nieracjonalni i psychotyczni jedynie dlatego, że dostają na to pozwolenie.

Ludzie mówią. Mówią za dużo. Mówią bezładnie. Mówią o sobie nawzajem, za swoimi plecami. Mówią, kto komu wisi pieniądze, kto kogo ostatnio wypierdolił z interesu. Mówią, kto jest słaby, gdzie jest słaby, kiedy stał się słaby. Mówią o tym, co inni mówią o innych. Mówią o tym, kto się z kim rucha. Kto kogo zdradził. Kto kogo porzucił. Mówią, aby mówić. Mówią, mówią i mówią. Piją po to, aby mówić jeszcze więcej. Jeszcze głupiej. Informacje przeciekają przez nich, lecą im z oczu, z uszu, spomiędzy nóg. Nieistotne i istotne. Te powszechnie wiadome i te poufne. Wciąż mówią. Mówią, dopóki nie padną. Mówią po to, aby za chwilę powiedzieć jeszcze więcej. Mówienie ich podnieca, rozszerza ich źrenice, przyśpiesza oddech, zwilża śluzówki. Gdy jest połączone z byciem słuchanym, wtedy staje się lepsze i ważniejsze niż seks. Lepsze i ważniejsze, bo bardziej ekonomiczne. Mówienie różni się od seksu zdecydowanie korzystniejszym stosunkiem energii zainwestowanej do energii uzyskanej.

Ludzie przyzwyczajają się do wszystkiego. Do samotności, głodu, zimna, gówna, zacieków, śmierci. Aby to przetrwać mają do dyspozycji fantazję, wizualizacje, wypieranie.

Ludzie trwają chwilę, trwają cicho. Nie zostaje po nich żaden ślad. Przez tę krótką chwilę wierzgają, ocierają się o siebie, próbując jak najwięcej zeżreć, jak najbardziej wchłonąć sobie nawzajem. W większych skupiskach przypominają pianę. Jedyna miara, według której należy ich mierzyć, to efektywność. Zwinność robaków.

Ludzie sypiają ze sobą, nic ekscytującego. Zdjąć przed kimś ubrania i położyć się na kimś, pod kimś lub obok kogoś to żaden wyczyn, żadna przygoda. Przygoda następuje później, jeśli zdejmiesz przed kimś skórę i mięśnie i ktoś zobaczy twój słaby punkt, żarzącą się w środku małą lampkę, latareczkę na wysokości splotu słonecznego, kryptonit, weźmie go w palce, ostrożnie, jak perłę, i zrobi z nim coś głupiego, włoży do ust, połknie, podrzuci do góry, zgubi. I potem, dużo później zostaniesz sam, z dziurą jak po kuli, i możesz wlać w tą dziurę dużo, bardzo dużo mnóstwo cudzych ciał, substancji i głosów, ale nie wypełnisz, nie zamkniesz, nie zabetonujesz, nie ma chuja.

Ludzie uwielbiają być ranieni. Odruchowo i posłusznie idą tam, gdzie jest ból. Kojarzą go z bezpieczeństwem. Mylą z miłością. To nawet nie jest smutne, to banalne jak cykl dobowy i prawie wszyscy są do tego przyzwyczajeni.

Ma kutasa, ale nie jest mężczyzną. Nie szanuje kobiet. Nie słucha ich. Pieprzy je po to , aby odznaczyć kolejną kreskę na ścianie, pozacierać ręce przez chwilę, że teraz jest ich już trzydzieści siedem, a nie tylko trzydzieści sześć. Jest ciotą, której trzeba podcierać dupę , gotować obiadki, robić za nią pranie. Wszystko, co mówi, brzmi piskliwie jak prośby małego dziecka o zabawkę. Tym głosem, pozornie niskim, ale ze chowanym gdzieś pod spodem piskiem, każdemu opowiada wszystko. Przykleja się do ludzi lepkimi, trzymanymi w gaciach paluchami, wpycha im do głów wątpliwej jakości informacje, aby wzbudzić ich zaufanie. Żongluje sekretami. Krótko trzyma w ustach, a następnie wypluwa wstydliwe fakty. Kłamie. Łasi się. Wije. Jest miękki .Jest z tego złego miotu , który nigdy nie ma własnej myśli.

Miała spojrzenie kogoś, kto miał jakąś wiarę, nieważne w co, lecz stracił ją w ułamku sekundy. Tak mi się wtedy wydawało. Później okazało się, że nawet ja umiem dopowiedzieć sobie fantazję do czegoś, co po prostu leży przede mną na stole, wyraźne, widoczne w wysokiej rozdzielczości i po prostu jest, nic więcej, nic mniej. Miała spojrzenie kiepskich aktorek z filmów puszczanych o trzeciej nad ranem, gdy mówią kiepskim aktorom, że muszą od nich odejść, że są najwspanialszymi mężczyznami , ale one po prostu nie potrafią z nimi wytrzymać.

Moja refleksja jest taka, że ludzie są popierdoleni.

Może ktoś na nią czeka w domu. Może jest z kimś po prostu umówiona. Może pójdzie dziś z kimś do łóżka.
Nie wiem.
Nie chcę wiedzieć.
Skasowałem jej numer, ale wciąż znam go na pamięć.

Może za często do niej dzwoniłem. Może powiedziałem jej za wiele o sobie. Może popełniłem ten błąd, koszmarny błąd przytulania się do niej w środku nocy i słuchania, jak oddycha. Może pozwoliłem sobie za bardzo przy niej odpoczywać. Może po raz pierwszy w życiu od czegokolwiek się uzależniłem.

 Musisz iść sam – mówi chłopczyk.
– Znowu mnie zostawiasz samego – odpowiadam.
– Znowu? Nikt nigdy nie zostawił cię samego – odpowiada – Byłeś sam od początku.

Muszę zebrać się w sobie. Zszyć z powrotem. Skleić, nawet prowizorycznie, bo się rozlatuję, coraz gorzej widzę i coraz gorzej się poruszam, a to niedobrze, to widać, to czuć.

Nasze miejsce jest tutaj, w nocy, bez nikogo.

Nie licząc niektórych rodzajów raka, wszystko co spotyka ludzi, wyrządzają sobie sami.

Nie ma czegoś takiego jak intuicja – powtarzam sobie w myślach. – Intuicja to po prostu przejaw osobowości paranoidalnej.

Nie mogę go znieść, bo jest taki, jak dziesiątki tysięcy kolesi w Warszawie.

Nie musimy tracić benzyny na tak zbędne rzeczy, jak powitania, pożegnania, buziaki, podawania ręki, uściski. Żadne z nas nie analizuje tej sytuacji, nie obraca jej w głowie, nie myśli o niej. Jesteśmy dla siebie odpoczynkiem. Jak spacer.

Nigdy nie wiedziałem do końca, co znaczy lubić. Lubić to chyba znaczy być pozytywnie przyzwyczajonym.

Pozwala ci być obok. A nie ma lepszego miejsca, niż obok.

Stało się coś strasznego – mówi cicho.
Dotyka mojego policzka dłonią. Nie przeszkadza mi to.
– Cały czas dzieje się coś strasznego. Jestem bandytą, Pazina – mówiąc to, odruchowo patrzę na swoje paznokcie.
– Wszyscy jesteśmy bandytami – mówi i całuje mnie jeszcze raz w policzek.

To, czego chcesz, przychodzi do ciebie zawsze inaczej, wcześniej, później, w niedoborze, w nadmiarze.

Ty myślałaś, że wróci, i że będziesz miała happy end z tym pojebańcem. No cóż.

Tymczasem jesteśmy w Polsce, w kraju na pięć liter plus P, w kraju w którym na jeden banknot przypada troje ludzi, którzy chcą go zajebać, w którym ludzie jeszcze niedawno jedli ziemię, wykombinowaną cebulę i parówki z krowich dziąseł. Takie zjawiska jak przyjaźń występują tutaj cholernie rzadko, o ile w ogóle, nie mówiąc już o tym że przy kwotach większych niż pięćdziesiąt tysięcy złotych nie ma niczego takiego jak zwykłe koleżeństwo.

Wszystko jest echem wszystkiego, wszystko jest lustrem wszystkiego, wszystko współgra ze sobą w kanonie. Wszyscy skończymy tak samo bez sensu.

Wybacz sobie w ciągu najbliższych pięciu minut, bo nic tak nie dekoncentruje jak wściekłość na samego siebie.

Załóżmy, że poznajesz dziewczynę, i zakochujesz się, a ona po chwili cię zostawia dla innego faceta. Zanim zaczniesz sobie zadawać pytania w rodzaju, czy ten facet jest bardziej opiekuńczy, męski, stanowczy, ma silniejszy charakter, bardziej potrafi ją opanować, zwróć uwagę na jedną rzecz – on zawsze zarabia więcej pieniędzy, niż ty. Ma również wyższą pozycję, więcej władzy, lepszy samochód, jest bardziej pewny siebie, ale to są tylko konsekwencje pieniędzy. I nie masz prawa mieć pretensji do tej dziewczyny. Gdy ty dostajesz propozycję lepiej płatnej pracy, też tylko udajesz przed samym sobą, że się zastanawiasz.

Została pocięta, poszarpana przez ludzi i przez okoliczności.