Jak wygrywać w konkursach? Szczęście sprzyja zuchwałym!

Na zdj. kadr z filmu „Charlie i fabryka czekolady”, reż. Tim Burton

Kreatywność to wymyślanie, eksperymentowanie, wzrastanie, ryzykowanie, łamanie zasad, popełnianie błędów i dobra zabawa.

Mary Lou Cook

Kojarzycie film? Mały, biedny Charlie Bucket znajduje jeden z pięciu złotych biletów, dzięki któremu może zwiedzić ogromną fabrykę czekolady, zwykle zamkniętą dla oczu śmiertelników. Sama nie urodziłam się arabską księżniczką, nie wyszłam za mąż za milionera i ciągle mam pecha zarabiać w złotówkach. Wszystko to sprawia, że patrząc na rzeczy, które chcę mieć, wciąż czuję się jak mały, biedny Charlie. I dlatego czasem pomagam swojemu szczęściu.

Jak? Grywając w konkursach. Pierwszy przykład, jaki przychodzi mi do głowy: orzeszki Felix. Ostatnio była afera, bo wciągnęli do promocji Rusinka. Ja brałam udział w innym konkursie, organizowanym chyba z 5 lat temu. Trzeba było wymyślić hasło reklamowe i dawali za to netbooka od Vaio. Moje hasło? Orzeszki Felix – wodzą na przekąszenie. Jest gra słowna, jest reklama produktu. Chwyciło? Chwyciło.

Na początku studiów byłam też wielką fanką „Seksu w wielkim mieście”. Do dzisiaj go zresztą uwielbiam, choćby za tekst, że nie można być z facetem tylko dlatego, że potrafi uszczelnić wannę. Albo za pomysł, żeby miasto utrzymywało przytułki dla naszych byłych, żeby mogli leżeć w jednakowych łóżeczkach i rozmyślać, czym zawinili. Ulubioną dziesiątkę wrzucałam Wam zresztą tu.

Także przez ten film udzieliła mi się wielka miłość do butów od Manolo Blahnika. Jak mała dziewczynka uwierzyłam, że wystarczy mieć magiczne pantofelki, dzięki którym świat pięknieje jak zaczarowany. Tylko kogo stać na szpilki za tysiąc dolarów? Na pewno nie Charliego Bucketa, którym wtedy byłam.

Jednocześnie od dziecka wyznaję zasadę: chcę, więc będę to mieć. Oczywiście, życie ją trochę zweryfikowało i na przykład do dzisiaj nie mam romansu z Bogusławem Lindą, chociaż bardzo bym chciała. Ale inne rzeczy nauczyłam się jednak zdobywać.

Tak, wygrałam sobie te szpilki. Wierzę w szczęśliwe zbiegi okoliczności, toteż gdy kilka lat temu weszłam na stronę wydawnictwa Znak i zobaczyłam info o konkursie, wiedziałam, że wygram te buty. Pytanie nie brzmiało: czy? Brzmiało: jak?

Tak, wierzę też w intuicję i siłę pozytywnego myślenia. Nie codziennie, bo czasem uważam, że prościej byłoby podciąć sobie żyły, ale nie zapędzajmy się w tych skrajnościach. Natomiast teraz zadanie było proste: trzeba przeczytać fragment książki Dzienniki Carrie Candace Bushnell, wymienić jedną ze znalezionych tam „złotych zasad”, jakimi bohaterka kierowała się w swoim życiu i wymyślić jedną własną, którą warto stosować w relacjach z przyjaciółkami.

Moje hasło? Uważaj na książki, które pożyczasz swoim przyjaciółkom – jeśli będą złe, długo ci tego nie wybaczą. Jeśli będą dobre – nigdy ci ich nie oddadzą.

Nie mówię, że to było najlepsze, co można było wymyślić. Mówię, że wystarczyło. Bo wiecie – ważne jest, żeby dopasować odpowiedź do organizatora konkursu. Tutaj stało za nim wydawnictwo, więc wiadomo było, że trzeba uderzać w książki. Chwyciło? Chwyciło. Wygrałam jedne z najpiękniejszych szpilek na świecie.

W podobny sposób wygrałam też tablet w konkursie Rossmanna, biżuterię od YES i masę książek i biletów, o których już nawet nie wspomnę. Ostatnio odpuszczam, bo ani czasu nie ma, ani też specjalnej ochoty. Zepsuł się też konkursowy rynek – zawsze brałam udział tylko w konkursach, w których liczyła się kreatywność. W których trzeba było coś napisać, wymyślić hasło, ułożyć rymowankę. Dzisiaj większość to konkursy na lajki, czyli żebractwo i nuda.

Ale kilka tygodni temu Forbes Life ogłosił szybki konkurs, w którym do wygrania były bilety na występ Cirque du Soleil. Niesamowite wydarzenie, bilety w horrendalnej cenie. No z własnej kieszeni tyle bym na to nie wysupłała. Do tego impreza w Warszawie, a ja jednak we Wrocławiu, co oznacza po 360 kilometrów w każdą stronę. Do tego już następnego dnia, czyli wszystko trzeba było rzucić w cholerę. Ale zamiast kalkulacji, szybka akcja: jak rozwinąć zdanie, że cyrk to emocje? Niżej macie moją propozycję:

Cyrk to emocje, emocje to życie,
więc ja chętnie pożyję, jeśli pozwolicie,
wśród dźwięków, kolorów, piosenek i sztuczek,
przyglądając się z zachwytem tej szalonej trupie.
Mieszkam we Wrocławiu, nie mam do Was blisko,
Ale jeśli wygram, rzucam dzisiaj wszystko,
Rano wsiadam w pociąg, zwiedzam w mig Warszawę,
by wieczorem na Błoniach rozpocząć zabawę.
Wiem, że to szaleństwo, brak odpowiedzialności,
Ale jestem z tych, co ciągle nie dorośli.
Co z dnia na dzień wywrócić potrafią wszystkie plany,
Bo człowiek nie jest z Lego, by był poukładany.
Kończę więc monolog, kciuki w mig zaciskam,
Wyników wypatruję, a Was mocno ściskam!

Chwyciło? Chwyciło. Jak to teraz czytam, to trochę mi wstyd, bo nie lubię takiej radosnej twórczości, ale taka zwykle najlepiej działa. I tak, po 12 godzinach siedziałam już w Polskim Busie, jadąc zobaczyć cyrk. Było pięknie.

Dlatego i Wy nie bójcie się czasem próbować. Nie wstydźcie się robić sobie małych prezentów wygranymi w konkursach. Na moich szpilkach nie ma metki, że dali mi je za darmochę. W cyrku nie dostałam gorszych miejsc, a netbook nie miał ani jednej ryski. To były pełnowartościowe rzeczy, na które sama długo bym pracowała. A i frajdy z wygranej też nikt Wam nie odbierze.