Jack Kerouac i biblia bitników, czyli legenda jednego transu

Na zdj. Jack Kerouac, fot. Tom Palumbo, Wikipedia/CC BY-SA 2.0

– Jakie masz plany wobec siebie, Ed? – spytałem.
– Bo ja wiem – odparł – Idę przed siebie. Załapuję się na życie.

Jack Kerouac, „W drodze”

Kerouac tej książki nie napisał, on ją z siebie wypluł. Jak automat wyrzucał z siebie kolejne zdania, w poważaniu mając interpunkcję, poprawki i akapity. Żeby nie rozpraszać się zmienianiem kartek w maszynie, pisał ją na liczącej kilkadziesiąt metrów rolce papieru, posklejanej taśmą. Tak powstał chaos. Oderwany od tradycyjnej formy, niemożliwy w odczycie, nowatorski i tak bardzo szokujący w treści, że mimo usilnych starań samego Kerouaca i jego wpływowych przyjaciół, wydawcy przez dobrych kilka lat nie chcieli jej wydać.

on the roadTym bardziej nie przekonywał ich fakt, że Kerouac napisał ją w trzytygodniowym transie, wspomagany seksem i narkotykami. Nikogo nie interesował zapis jego szaleńczej podróży, to przemierzanie z grupą przyjaciół całych Stanów wzdłuż i wszerz. Wydawcy widzieli w tym pozbawioną sensownej fabuły zawieruchę, choć przecież Kerouac był absolwentem niejednego kursu pisania. Nie docenili energii, jaka miała odpowiadać tutaj jazzowej improwizacji.

Kiedy jednak – po latach męczarni – książka ukazała się wreszcie w 1957 roku, przeczytało ją blisko pół miliona osób, a ona sama stała się głosem zbuntowanego, wyzwolonego pokolenia. Chociaż poszatkowano pierwotny, jeden tylko akapit, nadając jej bardziej przyjazną dla oka formę, poprawiono przecinki, zaś nazwiska bohaterów zamieniono pseudonimami, wciąż wywoływała burzę. Tak, jak i cała kształtująca się wówczas ideologia bitników, których Kerouac miał zostać niepisanym królem, a ona sama – biblią.

Ponieważ dzisiaj przypadają urodziny Kerouaca, podrzucam Wam jej co najlepsze fragmenty. Jeśli nie mieliście okazji przeczytać – mocno polecam całość. To nie jest książka. To jest przede wszystkim legenda, a legendy wypadałoby znać.

 

„W drodze”. Najlepsze cytaty:

A teraz przyuważ tych z przodu. Mają swoje zmartwienia, liczą kilometry, myślą o tym, gdzie będą dzisiaj spać, ile forsy muszą mieć na benzynę, jaka będzie pogoda, jak tam dojadą… a przecież, kapujesz, i tak tam dojadą. Ale muszą się zamartwiać i zdradzać czas pilnymi potrzebami, fałszywymi albo i nie, bo tak się lubią wiecznie przejmować i narzekać, a ich dusze po prostu nie zaznają spokoju, dopóki się nie przypną do jakiegoś uznanego, niepodważalnego zmartwienia, a kiedy już je znajdą, przyjmują odpowiedni wyraz twarzy, który będzie do niego pasował, czyli, kapujesz, nieszczęśliwą minę, i przez cały czas wszystko im umyka, o czym zresztą wiedzą, a co ich również bez reszty martwi.

Bo dla mnie prawdziwymi ludźmi są szaleńcy ogarnięci szałem życia, szałem rozmowy, chęcią zbawienia, pragnący wszystkiego naraz, ci, co nigdy nie ziewają, nie plotą banałów, ale płoną, płoną, płoną, jak bajeczne race eksplodujące niczym pająki na tle gwiazd, aż nagle strzela niebieskie jądro i tłum krzyczy „Oooo!”

Bo za mną nie było już nic, spaliłem wszystkie mosty i nic mnie nie trzymało.

Byliśmy trojgiem dzieci tej ziemi, które próbują coś w nocy przeforsować, ale w ciemnościach rozrasta się przed nimi brzemię minionych stuleci.

Chcę się ożenić – powiedziałem im – żeby dać wytchnienie swojej duszy u boku dziewczyny aż do później starości. To nie może trwać wiecznie, ten cały obłęd i szastanie się to tu, to tam. Trzeba dokądś dotrzeć, coś znaleźć.

– Czego chcesz od życia? – spytałem, bo zawsze pytałem o to dziewczyny.
– Nie wiem – odparła. – Chyba pracować jako kelnerka i jakoś pchać tę biedę.

Czy nie jest tak, że człowiek zaczyna życie jako urocze dziecko, które wierzy święcie we wszystko pod dachem swojego ojca? A potem nastaje dzień laodycejski, kiedy dowiadujesz się, że jesteś marny, nieszczęśliwy, biedny, ślepy, nagi, i z tą wizją upiornego, udręczonego ducha idziesz drżąc cały przez koszmarne życie.

– Jakie masz plany wobec siebie, Ed? – spytałem.
– Bo ja wiem – odparł – Idę przed siebie. Załapuję się na życie.

Jakie się ma uczucie, kiedy wyjeżdża się od ludzi, a oni nikną powoli na równinie, aż w końcu widać tylko rozmywające się punkciki? – że zniewala nas za duży świat i że to jest pożegnanie. Ale człowiek wypatruje już kolejnej szalonej przygody pod tym samym niebem.

Leżeliśmy na plecach wpatrzeni w sufit i zastanawialiśmy się, co też Bóg najlepszego zrobił, kiedy sprawił, że życie jest takie smutne.

– Mamo, co to za pan?
– A, to taki tramp.
– Mamuś, ja też chcę zostać trampem.

– Płakałem – powiedział Dean.
– Idź do diabła, przecież ty nigdy nie płaczesz.
– Tak mówisz? Dlaczego sądzisz, że nigdy nie płaczę?
– Nie umierasz na tyle, żeby płakać.

Prześpię się i zapomnę; mam własne życie, własne smutne, łachmaniarskie życie już na zawsze.

Rozgoryczenie, wzajemnie obwinianie się, rady, moralność, smutek – wszystko to było za nim, a przed nim – obdarta i ekstatyczna radość samego istnienia.

Sal, musimy iść przed siebie i nie przystawać, dopóki tam
nie dojdziemy.
– A dokąd idziemy, stary?
– Nie wiem, ale musimy iść.

W samym środku godziny szczytu zobaczyłem swoimi niewinnymi oczyma, prosto z drogi, cały ten obłęd i niesłychany zamęt, z milionami ludzi uganiających się wiecznie za forsą, szalony sen – wszyscy łapią, biorą, dają, wzdychają, umierają, żeby ich pochować w okropnych miastach cmentarnych.

Za dużo spraw mnie pociąga, dlatego jestem zamącony i skotłowany, kiedy tak pędzę od jednej gwiazdy do drugiej, aż padnę. Co też ta noc robi z człowiekiem. Nie miałem nikomu nic do zaoferowania poza własnym zamętem w głowie.

Znów na chodniku piętrzył się stos naszych wysłużonych walizek; czekała nas jeszcze dalsza droga. Ale co tam, droga to życie.