Ja Cię kocham, a Ty w dresie. Czyli jak nie robić sobie związku

Na zdj. kadr z filmu „Don Jon”, reż. Joseph Gordon-Levitt

Przywarli do siebie tak blisko, że nie było już miejsca na żadne uczucia.
Stanisław Jerzy Lec

To trochę jak z zagłaskaniem kota na śmierć. Można mieć dobre intencje, można kochać całym sercem i na każdym kroku to okazywać. Można zbliżyć się do siebie tak bardzo, że nie wciśniesz między dwoje ludzi choćby piórka. Tylko czy to na pewno dobry pomysł?

Walentynki Walentynkami, ale trochę moralizowania być musi. Bo chyba coraz częściej zdarza nam się zagalopować i zapomnieć, że miłość to związek dwojga ludzi. Dwóch odrębnych bytów, które pewnego dnia postanawiają być razem. Ale człowiek to nie plastelina, nie powinno się brać dwóch kulek i zlepiać na siłę ze sobą, żeby ugniatać je później jak ciasto. Niech każde zostanie sobą. Niech łączy Was jak najwięcej, ale i dzieli zdrowa odległość – taka, która sprawi, że nie podusicie się w tym związku ani dziś, ani jutro, ani za dziesięć lat.

Przede wszystkim, zostawcie sobie miejsce na intymność. Jasne, że to super fajne, kiedy nie wstydzicie się siebie nawzajem. Kiedy on już wie, jak wyglądasz bez makijażu i jak strasznie cieknie Ci z nosa, kiedy akurat masz katar. Kiedy wiesz, jak poci się na boisku i nie brzydzisz się podnosić z dywanu jego wczorajszych skarpetek. Ale, na litość boską, czy naprawdę musicie robić przy sobie siku albo puszczać bąki?

Nie, to nie jest mój wymysł. Znam dziewczyny, które za największy sukces swoich związków uważają fakt, że facet trzymał im włosy, kiedy upite rzygały. Że posłusznie kupuje im co miesiąc podpaski, chociaż czerwieni się przy tym jak burak. Że mogą chodzić przy nim całą niedzielę w dresie, a on i tak nic nie powie. Wszystko jest ok, o ile nie robicie z tego standardu. Bądźcie mądre i piękne. Umiejętnie korzystajcie ze stażu związku, z zaufania i bliskości, z przyzwyczajenia i braku oporów. Ale nie róbcie z tego pretekstu do pokazywania się z jak najgorszej strony, bo przecież „najważniejsze to być naturalną”. Nagość też jest naturalna, a jakoś po ulicach nie chodzą ludzie z odkrytą dupą.

Moment, kiedy znikną wszystkie tajemnice, wcale nie zacieśni Waszej miłości. Zrobi z niej szarą codzienność, wyzutą z wzajemnej ekscytacji. Odrze ją ze wszystkiego, co magiczne i wciąż niepoznane. Jasne, że nie chodzi o to, by zasypiać i budzić się w pełnym makijażu, a naleśniki w sobotnie poranki smażyć w dziesięciocentymetrowych szpilkach. Ale znajdź tę zdrową granicę. Pozwól sobie na chwilę słabości, kiedy cały dzień przesiedzisz w łóżku, a facet pozbiera z dywanu Twoje brudne ciuchy. Ale nie zostawiaj na biurku noszonych już majtek tylko dlatego, że przecież on i tak doskonale wie, jak po całym dniu pachną.

I daj mu trochę wolności. Nie przyklejaj się do niego, nie mów sto razy dziennie, że kochasz, tęsknisz i marzysz o domku z ogródkiem. Nie zamęczaj swoją miłością, nie uwieszaj się na nim jak lemur na mongolskim chłopcu. Kobiety-bluszcze dawno przestały być modne. Bądź dla niego partnerką – piękną, mądrą i seksowną, a nie ciepłą kluską, która za szczyt fantazji uważa wieczory w dresie, z piwem i przed serialami w TV. Kochaj go, ale nie ściskaj tą swoją miłością tak, że mu obiad podchodzi do gardła. Bo się biedak porzyga i więcej nie zechce nic zjeść.

Pamiętaj – nie jesteś magnesem, facet to nie drzwi lodówki.