Inteligent w obcym domu, czyli na co rzucać się najpierw

Na zdj. kadr z filmu „Śniadanie u Tiffany’ego”, reż. Blake Edwards

Inteligentny człowiek, będąc w obcym mieszkaniu, powinien najpierw obejrzeć książki, a potem dopiero resztę.

Siergiej Łukjanienko, „Patrol zmroku”

Też tak czasem macie? Wchodzicie do czyjegoś domu, mieszkania, pokoju i pierwsze co, to podbiegacie do regału z książkami? Ja nie mogę się tego oduczyć. Na nic oprowadzanie mnie po kuchniach, łazienkach. I tak do nich trafię, jak już mi będą potrzebne. Książki natomiast potrzebne są teraz, już, od razu – bo mówią o człowieku naprawdę, naprawdę dużo.

I nie chodzi nawet o to, co się czyta – ktoś lubi romanse, ktoś lubi horrory. Co pierwszego nie czyni z miejsca nudną pensjonarką, a drugiego psychopatą, mordercą i gwałcicielem. Chodzi o to, czy czyta w ogóle. Bo czytanie jest fajne. Poszerza wyobraźnię, zasób słownictwa i wiedzy. Robi Wam w głowę te wszystkie rzeczy, o których pewnie nasłuchaliście się od pań w podstawówce, w porywach nawet w LO. Czytanie bawi, uczy i wychowuje, i jak nie czytasz, to nie idę z Tobą do łóżka.

Ok, są wyjątki. A generalizacje są złe. To wie nawet dziecko i z takimi rzeczami nie będziemy tu walczyć, bo szkoda nam sił i skóry na opuszkach. Ale znam tylko jednego – powtarzam – jednego mężczyznę, który nie czyta, a inteligencją dorównuje bogom. Nie wiem, czy ma tak dziedzicznie, czy może los mu sprzyja. W każdym razie, po kilku miesiącach fascynującej i pełnej intelektualnych przepychanek znajomości zapytałam go w końcu, ile ma w domu książek. Żadnej – rzucił bez zażenowania czy wstydu. Po czym dodał, że nie, no, jasne, żartował. Tak naprawdę ma Biblię, którą dostał od babci. Na przeprowadzkę, co by mu się szczęściło.

To jedna z tych sytuacji, kiedy język ulicy najlepiej oddaje wrażenia, więc nie będzie nadużyciem napisać, że kopara mi wtedy opadła. Jak to nie czyta? Jak, do licha (ok, pomyślałam coś zgoła innego, ale nie rozpędzajmy się tak z tą ulicą), nie czyta? Powtarzam jednak, że był to wyjątek. Jakoś się z tym pogodziłam, bo i mężczyzna wart jest kompromisów.

Ale są też tacy, co czytają, choć nie posiadają. Kiedyś jedna z moich cudownych przyjaciółek,  połykająca książki całymi partiami, rzuciła, że nie mebluje domu papierem. Że owszem, ma w domu kilka sztuk, ale traktuje to raczej czasowo. Że książki przychodzą do niej i od niej wychodzą. Że pożycza, po czym nie upomina się nawet o zwrot. Że może oddać mi resztę, o tutaj, o teraz, bo przecież i tak je już przeczytała. Postukałam się wtedy w czoło i powiedziałam ambitnie: hello!

Nie wiem, czy to dobra taktyka. Pewnie, że modnie i mądrze jest nie przywiązywać się do rzeczy. Że łatwiej się przeprowadzać bez kartonów pełnych książek, że więcej jest wtedy miejsca w pokoju. Ale na co, się pytam? Co, poza łóżkiem, jest nam naprawdę potrzebne?

Dobra, biurko. Piszę zawsze przy biurku. Koniecznie, przy oknie. A zatem: łóżko, biurko i okno. To do szczęścia potrzebne jest nam coś jeszcze?

Gdybym mogła, cały dom umeblowałabym właśnie książkami. I prędzej czy później to zrobię. Bo dobrze mieć wokół książki, nic tak nie organizuje przestrzeni. Nie buduje domu.

Mam swój dom w książkach, a Ty?