Hobbit, skazańcy i walka z rakiem. Kto wygra?

Na zdj. kadr z filmu „Hobbit: Pustkowie Smauga”, reż. Peter Jackson

– Dzień dobry – powiedział Bilbo i powiedział to z całym przekonaniem, bo słońce świeciło, a trawa zieleniła się pięknie. Gandalf jednak spojrzał na niego spod bujnych, krzaczastych brwi, które sterczały aż poza szerokie rondo kapelusza.
– Co chcesz przez to powiedzieć? – spytał. – Czy życzysz mi dobrego dnia, czy oznajmiasz, że dzień jest dobry, niezależnie od tego, co ja o nim myślę; czy sam dobrze się tego ranka czujesz, czy może uważasz, że dzisiaj należy być dobrym?

J.R.R. Tolkien, „Hobbit, czyli tam i z powrotem”

I tym optymistycznym cytatem rozpoczynamy całkiem nieprzyjemny wpis. O tym, że nie zawsze mamy świadomość tego, co mówimy. Że zapędzamy się w kalki i schematy, bezsensownie klepane z pokolenia na pokolenie. I bardzo lubiane przez media. Przykład? Dzisiaj nawet dwa.

Istnieją wyrażenia, które z językowego punktu widzenia są całkiem w porządku, a które pod względem emocjonalnym rozkładają nas na łopatki. Ja mam takie dwa. „Przegrać walkę z rakiem” i „grozi mu…”, używane w odniesieniu do przestępców. Jedno i drugie słyszymy i widzimy we wszystkich chyba środkach masowego przekazu, bo składają się one na prosty szablon, z którego łatwo zbudować tytuł, czy nawet całego newsa.

Weźmy pierwsze – co, u licha, ma znaczyć „przegrał walkę z rakiem”? Ja wiem, że lubimy jasne podziały, że wszystko musi być albo białe, albo czarne, stać albo po lewej stronie, albo po prawej. Ale nie wydaje wam się, że to określenie jest poniżające? Człowiek nie przegrywa, człowiek umiera. W przegranie wpisany jest negatywny ładunek emocjonalny, niesie ze sobą skojarzenie porażki. Człowiek, który walczy, nigdy nie przegrywa. Nawet, jeśli w toku tej walki prędzej czy później ponosi śmierć.

Nie lubię dzielenia śmierci na bardziej i mniej zaszczytne. Ale jaka śmierć może być wygrana? Taka po spełnionym życiu, we śnie, po dożyciu setki? Męczeńska, w której ktoś poświęca się dla idei? Bohaterska, kiedy ktoś ginie, ratując życie innemu człowiekowi? To, jaki ładunek emocjonalny im nadamy, to jedno. Ale dla tych ludzi śmierć, niezależnie od okoliczności, zawsze oznacza to samo. Koniec życia, jakiekolwiek by ono nie było. A dla ich bliskich – stratę, ból i rozpacz.

Ci, którzy umarli z powodu nowotworów, niczego nie przegrali. Są takimi samymi bohaterami. Oni nie ponieśli klęski, rak nad nimi nie wygrał. Zachorowali, a konsekwencją tej choroby była śmierć. Te fakty są wystarczająco dosadne, czy potrzebne im jeszcze wartościowanie, kto przegrał, kto wygrał? Rak zwycięzca? Absurd.

I drugie. Pijany kierowca wjeżdża w grupę ludzi, stojących na przystanku. Ginie sześć osób, dwie w stanie krytycznym trafiają do szpitala. Wszystkie media jak jeden mąż powtarzają, że grozi mu piętnaście lat więzienia. Grozi? Naprawdę pochylamy się nad tym biedakiem, nad którym wisi właśnie widmo niebezpieczeństwa? Znalazł się w sytuacji bez wyjścia, w jakimś fatalnym potrzasku, z którego co prędzej trzeba by go ratować?

Zgodnie ze słownikową definicją, grozić/zagrażać to „zapowiadać coś złego”, „stwarzać stan niebezpieczeństwa”. Wyrok nie jest dla niego niczym niebezpiecznym, niczym złym. Jest karą. Wymierzeniem sprawiedliwości. Konsekwencją tego, że zabił kilka osób. Albo i jedną osobę. Albo coś ukradł, kogoś pobił. Nieważne, jaka jest wina. Zawsze iść za nią powinna też kara. A nie współczucie dla skazańca, którego zwyczajnie czeka odsiadka.

Wiem, że zwykle nie zastanawiamy się nad tym. Że wiele osób uzna to za czepialstwo, albo machnie ręką, bo „tak się zwyczajnie mówi”. Nie każę wam iść na barykady. Raczej zachęcam do chwili refleksji. Bo tak idiotycznych sformułowań mamy w polszczyźnie wiele.