Gdzie leży Ukraina? Mało kto wie, ale i tak domagają się wojny

Screen z www.washingtonpost.com

– Where are you from?
– Ukraine.
– Where is that?

Oksana Zabużko, „Badania terenowe nad ukraińskim seksem”

Widzicie tę mapę wyżej? Wygląda jak ostrzelana kulkami do paintballu, prawda? No to pomyślcie sobie, że właśnie taka jest wiedza Amerykanów na temat Ukrainy. Wiedzą, że gdzieś tam sobie jest, tylko niekoniecznie wiedzą, gdzie.

Oczywiście, że można uznać, że grupa była mało reprezentatywna i że nie ma co uogólniać. Ale takie eksperymenty zawsze dają chociaż namiastkę wiedzy. Tym razem w eksperymentatora pobawił się The Washington Post, który zlecił grupie socjologów przeprowadzenie prostego badania. Mieli wziąć pod lupę nieco ponad dwa tysiące Amerykanów i kazać im wskazać na mapie Ukrainę. Trafił jeden na sześciu. A reszta? Reszta myliła się średnio o 2800 kilometrów. Ale byli i tacy, co pomylili nawet kontynent.

Jeszcze rok temu nie byłoby może w tym nic nawet dziwnego. zrzucilibyśmy to na karb systemu edukacji albo zwyczajnej ignorancji. Ale teraz? Kiedy Ukraina nie schodzi z pierwszych stron gazet? Kiedy widmo wojny paraliżuje Europę, a Ameryka – jak zwykle – jako jedna z pierwszych zabrała w temacie głos?

Niestety, ale prawda jest taka, że cudnie nam się z ciemiężonymi solidaryzuje, jedynie jeśli chodzi o wzniosłe hasła. Pamiętacie wyciek ropy naftowej w Zatoce Meksykańskiej? Po internecie krążyły wtedy fantastyczne memy z przerobionymi słowami Baracka Obamy, że w takiej chwili wszyscy jesteśmy tuńczykami. No więc dzisiaj wszyscy jesteśmy Ukraińcami, tylko niektórzy z nas zapomnieli drogi do domu.

To nie jest ani trochę zabawne. 16 procent poprawnych odpowiedzi, 84 kulą w płot. Codziennie zarzucają nas wieści o eskalacji konfliktu. Europa wstrzymała oddech, a cały świat patrzy, czy nie grozi nam wielka wojna. Tylko nie każdy wie, gdzie taka wojna miałaby trwać.

Co więcej, im bardziej się ci Amerykanie mylili, tym bardziej chcieli interwencji zbrojnej. I to jest już dziwne totalnie. Daje zresztą dość kiepski obraz tamtejszej mentalności – wyślijmy naszych, niech jadą się bić. Gdzie? Przecież w wojsku dadzą im mapy.

Takie podejście każe stawiać pod znakiem zapytania sens militarnych akcji USA. Zawsze pierwsi, zawsze głośni. A tymczasem zaczepcie człowieka pod marketem, to powie Wam, że nie wie, gdzie te chłopaki jeżdżą umierać. Albo zabijać, bo to jednak działa w dwie strony.

Pamiętam, jak pierwszy raz przeczytałam „Badania terenowe nad ukraińskim seksem”. To była mocna książka. Niekoniecznie stawiająca Oksanę Zabużko tuż obok Henry’ego Millera, jak podpowiadałyby zapowiedzi z okładki, ale z pewnością taka, obok której nie można przejść obojętnie. Kawał porządnej, choć nadpsutej złym seksem literatury, przemieszanej ze zbiorem ojczyźnianych kompleksów. I siarczysty policzek, zasłużenie wymierzony światu, a szczególnie Europie. Tym wszystkim, dla których Ukraina to kraj odległy i dziki. Skażony widmem komunizmu, biedny i niewygodny. Taki, o którym pamięć najlepiej byłoby zamieść pod dywan.

I tam właśnie padły te słowa. Oto kobieta inteligentna i wykształcona jeździ sobie po świecie i ilekroć mówi, skąd jest, słyszy to samo pytanie: Ukraina? A gdzie to?

I dziś, kiedy ta ciemiężona przez lata Ukraina wyszła wreszcie z cienia, a oczy całego świata powinny ku niej się zwrócić, dostajemy takie wyniki badań. Okazuje się, że nawet, jeśli świat patrzy, to tylko w telewizory. Wobec rzeczywistości pozostaje bezradny.

Kiedy jednak czytam komentarze, że Amerykanie powinni się wstydzić, to trochę jednak się wzdrygam. Nie rzucałabym tak szybko kamieniem. Raczej dała mazaka Polakom.