Gabriel García Márquez nie żyje. „Czeka nas sto lat samotności”

Na zdj. kadr z filmu „Rzecz o mych smutnych dziwkach”, reż. Henning Carlsen

Nie biegnij za szybko przez życie, bo najlepsze rzeczy zdarzają się nam wtedy, gdy najmniej się ich spodziewamy.

Gabriel García Márquez

Miało nie być o śmierci, chociaż takie święta. Miało nie być o umieraniu, chociaż przytrafia się przecież każdemu. Ale się Márquez wyłamał. W chwilę po swoich 87. urodzinach, zwyczajnie, po ludzku, nam umarł.

Też miał zresztą epizod z cudem zmartwychwstania. Nie wiem, czy wiecie, ale raz go już uśmiercili. Oczywiście dziennikarze, bo kto. W 2000 roku peruwiański dziennik „La Repubblica” podał informację o śmierci pisarza. Kleiło im się, bo od lat niedomagał, a wcześniej wykryto u niego nowotwór. Przechytrzył ich jednak i przeżył kolejnych czternaście lat.

A dziś czytam komentarze w sieci i łezka się w oku kręci. Márquez, chociaż napisał ogrom powieści i opowiadań, kojarzony jest zwykle jako autor jednego dzieła. Chodzi oczywiście o „Sto lat samotności”, choć niektórzy wspomną jeszcze „Miłość w czasach zarazy” (zwłaszcza, że zrobili na jej podstawie film, w którym grał nieziemski Javier Bardem). Nieliczni – „Rzecz o mych smutnych dziwkach”, bo takie tytuły zawsze idą w świat.

Jakkolwiek, do „Stu” te komentarze najczęściej się dzisiaj odnoszą. Że teraz, po odejściu takiego pisarza, naprawdę czeka nas sto lat samotności. Banalne i raczej na wyrost, ale piękne to jednak wyznanie. Tylko że autor nie umiera nigdy.

Nie wiem, czym jest pozostawiona przez pisarza pustka. Dopóki w ręce mogę trzymać dzieło, dopóki głaszczę je czule po grzbiecie, to życie przecież trwa. A Márquez już dziesięć lat temu, po rzeczonych „Dziwkach”, pisania właściwie zaprzestał. Bo demencja i siły nie te. Śmierć? Umarł stary, chory i spełniony człowiek. Legenda będzie trwać.

Zamiast rozpaczać, wyciągnijmy wnioski. Nie biegnijmy przez życie, bo za dużo nam wtedy umyka. Zauważyliście, że zaraz będzie maj? Bo u mnie mentalnie wciąż zima.

Nie umiemy zarządzać tym czasem, zrzucamy winę na wszystko. Pracę, rodzinę, znajomych. Jakby ktoś stał nad nami z batem i mówił, kiedy płakać, a kiedy się śmiać.

Przez kurwy nie miałem czasu się ożenić – wyznaje bohater „Rzeczy”. A ile czasu my tracimy na bezsensowne relacje? Jak długo tkwimy w nieudanych związkach, angażujemy się w popaprane przyjaźnie? Czujemy bezsens relacji i pozwalamy im ciągnąć się choćby latami? Jakbyśmy nie wiedzieli, że coś dzieje się kosztem czegoś. Jesteś w miejscu A? Szkoda, bo mógłbyś być w miejscu B. Tracisz czas z X? Y może być przecież fajniejszy.

Jasne, że nie sposób doświadczać wszystkiego. Wszystkiego przeżyć, wszystkiego spróbować. Ale jeśli już z czymś nam się jednak udaje, i widzimy, że jest to złe, to umiejmy przecinać niteczkę. Poza naszą strefą komfortu też jest ładny, okrągły świat.

A skoro już idą te święta, to nie wiem, czy życzyć Wam mniej kurew, czy więcej czasu. A może mniej samotności?