Dziś taki ładny dzień. Porozmawiajmy o cyckach

Na zdj. bielizna The TaTa Top

Najnudniejszą rzeczą na świecie jest nagość.

Chuck Palahniuk, „Niewidzialne potwory”

Jeżeli miałabym wskazać najbardziej zadziwiające mnie zjawisko na świecie, to wcale nie byłby to sposób formowania się lodowców ani też zorza polarna. Byłyby to kobiety.

Przez większość życia wychodziłam z naiwnego przekonania, że czasy robienia sztandarów ze spódnicy mamy dawno za sobą. Że wystarczy już tego manifestowania swojej kobiecości, bo jakoś chłopaki nie machają nam niczym przed nosem, chcąc zamanifestować nam swoją męskość. A mogliby, chociaż nie wiem, czy wszyscy mieliby czym.

Jako dość rozpaczliwą, ale jednak walkę o tzw. „godność kobiety” (wybaczcie cudzysłów, ale wolę zachować dystans wobec tego terminu) uważałam nawet protesty wobec seksizmu w reklamach, operujących hasłami w stylu „Dzisiaj będzie na twarz, skarbie” czy „Jeszcze nie miałam tego w ustach”. Jak to kogo uraża, to niechaj i staje do walki. Mnie to co najwyżej smuci, że z seksem wychodzimy z łóżek na billboardy. Nie traktuję tego jednak w kategorii porażki kobiety – jako istoty słabej i uprzedmiotawianej, ani porażki mężczyzny – jako nieempatycznego, szowinistycznego samca. Patrzę na to jak na porażkę cywilizacji, która trochę zapędziła się w tym swoim przesuwaniu granic.

Ostatnio natomiast odnoszę wrażenie, że słynne „szczucie cycem” nabiera innego wymiaru. Że nie tylko twórcy reklam zrobili sobie z cycka oręż, ale i same kobiety, obnoszące się z nim na lewo i prawo. Przykłady? Co najmniej dwa.

Pierwszy to matki karmiące. Tak, dostanie mi się zaraz po głowie, ale ja też nie jestem fanką tego widoku. Nie, nie każę nikomu karmić dziecka w obskurnej toalecie. Nigdy nie zwróciłam uwagi żadnej matce i pierwsza zdzielę po głowie osobę, która w mojej obecności to zrobi. Tak, dziecko ma prawo dostać jeść. Tak, matka ma prawo je wtedy nakarmić. Ale jeden warunek powinien zostać spełniony: matka musi mieć trochę wyczucia.

Nie jest filozofią zakryć się lekko. Chustą, pieluszką, czymkolwiek. Można karmić dziecko tak, by nie świecić tym cyckiem po oczach, wprawiać innych w zakłopotanie. Wolność każdego z nas kończy się tam, gdzie zaczyna się wolność drugiego człowieka. Ktoś ma prawo nie chcieć tego oglądać. Uważać za nieapetyczne, nieestetyczne, niehigieniczne – nieważne. I denerwują mnie wtedy argumenty o tym, że jak mu się nie podoba, to może odwrócić głowę. Wy, drogie mamy, też możecie być ciut bardziej wrażliwe. Karmienie dziecka piersią jest jednak czynnością osobistą, intymną. Dlatego irytują mnie hasła w stylu „Cyce na ulice” czy facebookowe akcje pt. „Cyce na tablice”. Ja Wam swoimi cyckami po oczach nie świecę i proszę też o to samo. Karmcie, gdzie chcecie. W restauracjach, kinach, galeriach i parkach. Ale róbcie to dyskretnie – tak, by nikogo to nie krępowało. To nie jest kwestia dodatkowego wysiłku, a jedynie dobrej woli.

Przykład drugi – paradowanie topless. Temat co chwilę wraca na tapetę, jak choćby przy okazji nowojorskich dziewuch, które postanowiły cyckami promować czytanie. Teraz powraca jak bumerang, bo córka Bruce’a Willisa przeszła się po ulicy z odsłoniętą klatą. Nie dlatego, że jej było za ciepło, ale że wkurzył ją fakt wywalenia jej zdjęcia z Insta. I to takiego w bluzie, gdzie nadruk był z gołą laską. Zdjęcie nie przeszło cenzury, co rozsierdziło księżniczkę. Scout Willis urządziła więc sobie spacer półnago, a nowe zdjęcie wrzuciła na Twittera z tagiem #FreeTheNipple. No i podniosły się okrzyki wsparcia, aby masowo uwalniać sutki. Mózgi sobie uwolnijcie, ja proszę.

Nie rozumiem też zachwytu nad imitującą nagość bielizną, którą widzicie na zdjęciu. Stanik-cycki? Cycki na cyckach? Baba w babie, jak w rosyjskich matrioszkach? Marka TaTa Top idealnie wstrzeliła się w moment, ale ideologia stoi za nimi kiepska. Podnoszenie buntu o to, że faceci mogą paradować z sutkami na wierzchu, a kobiety nie, już z założenia jest nieco ekstremalne. Ile razy widziałaś dzisiaj faceta z sutkami na wierzchu? A wczoraj? Przedwczoraj? Twój osobisty chłop się nie liczy. Ani ci, oglądani na filmach.

A zatem: nie. Faceci też nie chodzą po ulicach z gołymi klatami. Wyjątkiem są ci na plaży oraz Polacy na wakacjach.

Dlatego rzygać mi się chce, kiedy z codzienności robimy sobie porno. Kiedy przesuwamy te cholerne granice jak w jakiejś kreskówce, gdzie za każdym razem, gdy bohater zbliża się do urwiska, niewidzialna ręka domalowuje mu grunt pod stopami. Nie, nie mówię, że karmienie dziecka to zło, ani chodzenie topless to zło. Mówię, że walczymy w złej sprawie. Że przesuwając jedne granice, przesuwamy też drugie. Że niewiele trzymamy już zasłonięte, coraz mniej zostaje do pokazania. Zaraz ktoś wyskoczy z tym samym zasobem argumentów, mówiąc, że seks też jest naturalny i piękny i uprawiajmy go na ulicach. Otóż jest, dopóki uprawiasz go w zaciszu swojej sypialni. Kuchni, łazienki, whatever. Ale nie na czyichś oczach, ja proszę.

Nie wiem, co fajnego jest w epatowaniu nagością. W obnoszeniu się ze swoim ciałem jak ze świadectwem z czerwonym paskiem. A przecież każdy z nas ma ciało – to, oglądane na ulicy, jest tylko kawałkiem mięsa, zdolnym wywoływać skrajne emocje. Tak, w takiej kulturze się wychowaliśmy i patrząc na gołe cycki nie myślimy: o Boże, ona musi mieć piękny mózg. Nie interesuje nas nic ponad to, co już wyłożone. Tak, lubię cycki. Swoje i cudze, byle ładnie opakowane. O wiele bardziej kręci mnie piękny dekolt niż odsłonięty sutek, jakim go Pan Bóg stworzył.

A tymczasem uczyniliśmy z tego ciała narzędzie wojny, bo chcemy, żeby było nam wolno wciąż więcej i więcej. Tłumaczenie tego wolnością to syf. To wyraz rozkapryszenia i samowolki. Robienia z siebie pępka świata i domagania się, aby inni też nas tak traktowali. Jasne, masz prawo być goła. Ale ja mam prawo nie chcieć tego oglądać.

I nie, nie jestem zakompleksioną larwą w habicie. Na dużo sobie pozwalam i na dużo pozwalam też innym. Ale, jak mówią – co za dużo, to i świnia nie zje.