Duże dziewczynki same decydują o tym, z kim chodzą na wino

Na zdj. kadr z filmu „Alicja w Krainie Czarów”, reż. Tim Burton

– Proszę, poczęstuj się winem – rzekł bardzo grzecznie Szarak Bez Piątej Klepki.

Alicja spojrzała na stół, ale nie zauważyła na nim nic prócz herbaty. Powiedziała więc:

– Nie widzę tu żadnego wina.

– Bo go wcale nie ma – rzekł Szarak.

– Wobec tego częstowanie mnie winem nie było z pańskiej strony zbyt uprzejme.

– Przysiadanie się tutaj bez zaproszenia też nie było zbyt uprzejme z twojej strony.

Lewis Carroll, „Alicja w Krainie Czarów”

Znacie to uczucie? Kiedy ludzie dosiadają się do Was, chociaż wcale ich o to nie prosiliście? I to niekoniecznie w sensie dosłownym, nie tu i teraz. Tylko w ogóle, w życiu. Wpraszają się do niego i już chcą zostać. Nie zamykacie im drzwi przed nosem, bo zwyczajnie Wam wtedy jest głupio. Wolicie cierpieć za miliony niż wprost powiedzieć: no spadaj.

To zadziwiające, jak dużo robimy wbrew sobie, byle innych nie zawieść. Jedna z moich cudownych znajomych (przyjaciółek?) postanowiła być wreszcie szczera. Ale tak w sensie totalnym. Wprost mówi, co jej się podoba, a co nie. Nie przebiera w słowach. Nie krzywdzi ludzi, ale nie traktuje ich tak, jakby byli w jakimś ochronnym kokonie. Jak widzi drogę na wprost, to nie zatacza koła, żeby kogoś przygotować na cios.

A wszystko dlatego, że wyczytała gdzieś, że jak nie potrafisz być szczery wobec innych, to oszukujesz sam siebie. Nie masz ochoty się spotkać? To mówisz, że nie masz ochoty się spotkać. A nie: przepraszam, coś mi nagle wypadło. Nie zasłaniasz się pracą, katarem ani zalanym mieszkaniem. Mówisz: dziękuję, nie.

Przy pierwszych kilku razach, kiedy strzeliła mi tą szczerością po głowie, zapaliła mi się alarmowa lampka. Że powiedziała coś, czego bym się nie spodziewała. Że hello, takich rzeczy nie mówi się głośno.

Teraz, kiedy z jej nowym podejściem się oswoiłam, jestem nią absolutnie zachwycona. Nie krzywię się, nie reaguję na jej bezpośredniość jak na zetknięcie palca z wrzątkiem. Za każdym razem otwieram szerzej oczy i myślę, że też tak chcę, tylko jeszcze nie umiem.

Bo widzicie, ludzie źle reagują na zmiany. Nie chcą, żebyś traktował ich inaczej, niż dotychczas. Ani inaczej, niż inni. Kilka razy próbowałam wyzbyć się tego idiotycznego nawyku wstawiania buziek na FB. Przecież to nienormalne, że przy każdym zdaniu musimy podsuwać interpretację. Tłumaczyć, czy chcieliśmy zażartować, czy może jest nam źle. To jakiś fatalny sposób upraszczania komunikacji, sprowadzania jej znowu do kultury obrazkowej.

Pewnie, że łatwiej się spotkać na żywo. Albo chociaż zadzwonić. Po głosie zorientować się, co kto miał akurat na myśli. Ale za nami czasy pisania listów, kiedy też wystarczyć musiało pismo. I jakoś żyjący w nich ludzie nie musieli zaznaczać drobnym druczkiem, że słuchaj, kocham Cię tak na serio, a nie tak tylko półżartem.

Próbowałam, ale nie wyszło. W ciągu jednego dnia kilka razy zostałam zapytana, czy coś się stało, co mnie znowu ugryzło, dlaczego jestem niemiła i skąd teraz ten foch. A nie mówiłam nic innego, niż powiedziałabym zwykle.

Zabrakło emotikony, zabrakło porozumienia. I pomyślałam, że Boże, jaki smutny jest tak urządzony świat.

A przecież tak fajnie jest mówić do ludzi. To, co się myśli i kiedy się myśli. Bez przygotowywania instrukcji, bez zostawiania tropów. No i wprost. W końcu sami możemy decydować, z kim chcemy napić się wina.