Dlaczego nigdy nie przyznam, że masz fajne życie?

Na zdj. kadr z filmu „Samotność w Sieci”,  reż. Witold Adamek

Jestem jeszcze zakochana resztkami bezsensownej miłości i jest mi tak cholernie smutno teraz, że chcę to komuś powiedzieć. To musi być ktoś zupełnie obcy, kto nie może mnie zranić.

Janusz Leon Wiśniewski, „Samotność w Sieci”

A ja Ci powiem, że bullshit. Że chcesz, żeby to był ktoś zupełnie obcy, żeby nie powiedział Ci rzeczy, których nie chcesz usłyszeć. Jeżeli jesteś w beznadziejnej sytuacji, tkwisz w nienormalnym związku, jesteś za gruba, za chuda, albo ciągle masz tłuste włosy, to oczywiście, że najlepiej porozmawiać z kimś obcym. Kto Cię nie widzi, nie słyszy, nie zna. Kto uwierzy, że 90 cm masz w biuście, nie w talii, a na imię Maja, a nie na przykład Romek.

Zdarza mi się dostawać takie wiadomości. Że chcecie usłyszeć zdanie kogoś, kto spojrzy na daną rzecz obiektywnie. Oceni z boku. Wasz związek, życie, problemy. To ja Wam na to, że guzik. Nie poznam Was obiektywnie z informacji, których mi dostarczycie. Wszystko, czego się dowiem, dowiem się z Waszej strony, z Waszego punktu widzenia.

Nie jestem Panem Bogiem, nie przypatruję się Waszym losom gdzieś z góry, z pozycji niebiańskiej chmurki. A tylko wtedy w grę wchodziłby obiektywizm.

Poza tym życie to nie jest Excel, nie wyciągnę wniosków na podstawie zaprezentowanych mi danych. A to, co i jak mówicie, już naładowane jest emocjami. Zawiera bardzo konkretny przekaz, co więcej – starannie wyselekcjonowany i już poddany obróbce. To Wy decydujecie, o czym i jak mi powiedzieć, a co lepiej byłoby jednak przemilczeć. I wtedy trochę mnie boli, bo nie chcecie ode mnie szczerości. Oszukujecie mnie, pokazując wycinek rzeczywistości, bo podświadomie chcecie, żebym i ja oszukała Was. Żebym powiedziała to, co sami macie w głowach, co bardzo chcecie usłyszeć, ale czego nie mówi Wam nikt poza Waszymi sercami/głowami. A nie, co powiedziałby każdy normalny człowiek, który Waszą sytuację trochę jednak zna.

To okropnie smutne, ale takie zachowania wynikają z faktu, że ludzie nie chcą zwykle znać prawdy. I Wy też jej zwykle nie chcecie. Moja przyjaciółka ma takie piękne określenie na beznadziejne sytuacje życiowe: chujowo, ale stabilnie. Chcecie, żeby Wam było źle, bo to zło jest już znane i oswojone. To taki syndrom kobiety z przemocy domowej. To nic, że mąż ją bije. To nic, że cały świat dookoła mówi jej, że miłości nie sposób wyrażać pięściami. Ona wie swoje najlepiej, nie chce usłyszeć, że coś jest w jej związku nie halo. I Wy, pisząc do mnie o porady życiowo-miłosne, jesteście trochę jak ona. Styrani, poobijani, ale wiedzący swoje najlepiej i wciąż idący w zaparte.

Nie, misie. Tak w tę grę nie pogramy.

Owszem, jestem obca. Owszem, nie mogę Was zranić. Ale musicie pamiętać, że chociaż bardzo chciałabym mieć cudowne moce i sklejać Wam życia do kupy, to chyba, zwyczajnie, nie umiem. Obcy mogą Was co najwyżej wysłuchać i to powinno być z ich strony największą pomocą. Tymczasem często odnoszę wrażenie, że rzucacie mi pytania z gotowymi odpowiedziami. Że chcecie usłyszeć coś, czego nikt trzeźwo myślący z Waszego otoczenia sam by Wam nie powiedział. Bo jeśli np. facet Cię bije i widzi to Twoja matka, to nie powie Ci: spoko, maleńka, to zdrowo, jak Cię Twój luby okłada.

Jest takie ładne zdanie ze Stanisława Jerzego Leca. Najstraszniejsze są równania z wiadomą, której nie chcemy przyjąć do wiadomości. Myślę, że dlatego też do mnie piszecie. Że wierzycie, że ja – słysząc tylko Waszą wersję wydarzeń – powiem coś, co sami uważacie za słuszne. A ja nie powiem, bo nie chcę brać współodpowiedzialności za krzywdy, które sami sobie robicie.

Przepraszam, jeśli czasem dam Wam trochę po uszach, ale ponad bezwzględną sympatię cenię sobie szczerość. Dlatego – jeśli traktujecie mnie jak koło ratunkowe – uważajcie, bo może okazać się betonowe.