Dlaczego nie przeczytam 52 książek w 2015 roku

Strzeż się tego, kto czytał tylko jedną książkę.

Giovanni Giacomo Casanova, „Pamiętniki”

Szczęśliwa jest 7, a pechowa 13. Kobieta powinna mieć wymiary 90/60/90 i umieć 70 rzeczy, tj. 69 i gotować. Spadać powinniśmy zawsze na 4 łapy, próbować do 3 razy sztuka, wyglądać jak 8. cud świata, zarabiać 6-cyfrowe kwoty i jak najczęściej mieć w życiu swoje 5 minut. To naprawdę fantastycznie, że tak nam te liczby życie organizują, ale na litość boską, dość.

Jak ktoś czyta mnie dłużej, to wie, że popieram wszelkiego rodzaju akcje czytelnicze. Sama przekonywałam Was na 30 sposobów do czytania książek, pokazywałam świetne grafiki Grzegorza Sikory, ba – wspominałam nawet o kobietach, które z nieznanych mi bliżej przyczyn postanowiły promować czytelnictwo… własnymi biustami. Za Szymborską naprawdę uważam, że czytanie książek to najpiękniejsza zabawa, jaką ludzkość sobie wymyśliła i ostatnie pieniądze prędzej wydam na książkę niż obiad. Niemniej, takich akcji nie wspieram.

Żyjemy na akord. Jemy dania z torebek, pracujemy coraz więcej i więcej, wiecznie gdzieś za czymś pędzimy i nawet relacje międzyludzkie uprawiamy w biegu. Dlatego tak cenię sobie kontakt z książkami. To ten moment w ciągu dnia, kiedy mogę wyciągnąć się na kanapie i powiedzieć: pierdol się, świecie. Nie czytam na akord. Czytam dla przyjemności.

Jasne, że przeczytanie jednej książki na tydzień to żaden wyczyn. Pamiętam momenty, kiedy jedną książkę pochłaniałam w jedną noc i też było super. Ale wszystko zależy od okoliczności: od czasu, jakim dysponujemy, od naszych humorów, kondycji psychofizycznej, wreszcie od samej książki. Jeśli ktoś chce czytać w kółko „Łyska z pokładu Idy” czy „Janka Muzykanta”, to wróżę mu ilościowy sukces. Ale spróbujcie przeczytać „Łaskawe” Littella. Albo „Listy” Kerouaca i Ginsberga. Ba, spróbujcie przeczytać choćby „Potop”.

Tak, dobrze mnie rozumiecie: rozmiar ma znaczenie. Podobnie jak ciężar gatunkowy. Są książki, które połyka się jadąc tramwajem, ale i takie, które wymagają nie lada skupienia. Możecie w tydzień przerobić całą Grocholę, ale spróbujcie to samo zrobić z Witkacym.

Bardzo, bardzo szanuję pobudki, jakie stoją za akcją Przeczytam 52 książki w 2015 roku, jednak jak czytam opis tego, co miałoby być czytane (Grubość – dowolna. Format – też. Bez znaczenia czy beletrystyka, fantasy, historyczna, science fiction czy coś naukowego. Bo cel naszej akcji jest jeden – poszerzamy swoje horyzonty!), to jednak budzi się we mnie jakaś niezgoda. Spróbujcie poszerzyć sobie horyzonty debiutancką powieścią Sashy Grey albo „Domem nad rozlewiskiem”. Poszerzcie je sobie ucząc się książki telefonicznej na pamięć. Albo instrukcji obsługi pralki. Nie liczy się, ILE czytamy, ale CO czytamy. Dziesięciu zjadaczy harlequinów sprzedam za jednego fana Gombrowicza.

I strasznie, strasznie mi smutno, że dorosłych ludzi namawiać trzeba do czytania. Motywować ich sztucznie, zaprzęgać w wyścigi. Ja wiem, że to zwykła zabawa, wiem też, jak słodko brzmią te wszystkie noworoczne postanowienia. Ale osobiście więcej uśmiechu mam już dla innych, bardziej przekornych akcji. Jak choćby Nie przebiegnę żadnego maratonu w 2015 roku. I to jest dopiero wyzwanie. ;)

fot. PatricioHurtado/PD/pixabay.com