Człowiek jak świnia. Do wszystkiego się przyzwyczai

Na zdj. kadr z filmu „Amelia”, reż. Jean-Pierre Jeunet

Leżę na łóżku, przyjaźnię się z sufitem i męczy mnie świadomość, jak wiele rzeczy w życiu potrafiłbym dobrze robić.

Leopold Tyrmand, „Dziennik 1954”

Tak, człowieka nachodzą czasem takie myśli. Zwłaszcza, jak jest na bezrobociu, może robić wszystko i nic, i wie, że ma tę przewagę nad ludźmi pracującymi, że może dokonać wyboru. Pewnie, że oni też mogą, ale zmienić pracę, kiedy jest ciepło, dobrze i regularnie przychodzą na konto pieniążki, także się da, ale jest to o niebo trudniejsze. Łatwiej nie mieć nic i zrobić wtedy wszystko, aby mieć coś.

I tu pojawia się kwestia tego, jak wiele moglibyśmy robić. Nie mówię oczywiście o byciu lekarzem, biotechnologiem czy trenerem judo, bo to tego potrzeba jednak konkretnych umiejętności, wiedzy czy wykształcenia. Ale o tych wszystkich zawodach na wyciągnięcie ręki, w których nikt nawet nie patrzy w CV. Jedyny wymóg: że jesteś. Czasem trzeba też mieć ładną buzię i nieodpychający wygląd, ale nie jesteśmy przecież narodem Carringtonów, pole tolerancji dla brzydoty jest u nas stosunkowo szerokie.

Dlatego szalenie podziwiam ludzi, którzy robią rzeczy totalnie dziwne. Jak na przykład wyprowadzają psy. Albo chodzą na szczudłach. Albo wyprowadzają psy, chodząc na szczudłach. Jezu, jakie to piękne.

Albo kiedy dorabiają, sprzedając lody. Albo pozują w stroju pandy do fotek z przedszkolakami. Albo rozwożą gazety. Albo są panią z galerii. Albo sprzedają paliwo na stacji.

Pewnie, że czasem robią to, bo nie mają wyboru. Bo na przykład w szkole się nie uczyli albo wybrali na studiach kierunek tak przyszłościowy, jak polonistyka czy socjologia. I wtedy jest to smutne i godzi w ambicje. Ale są ludzie, jak na przykład ja, którzy sami uwielbiają pchać się w takie różności.

Nie, żebym była debilem. Doświadczenie jakieś mam, i to takie, które nie mieści się na jednej stronie CV, nawet przy pojedynczej interlinii i czcionce ósemce. Wykształcenie też, dyplomy nawet dwa. I autentycznie męczy mnie myśl, jak wiele bym z tym mogła, a jak mało chcę. Redakcje, agencje reklamowe, agencje PR, biura prasowe – to wszystko tak ładnie brzmi i daje obietnicę pieniążków. A ja mam w sobie opór i strach.

Bo to są jednak zawody, które robią Ci zwilgotniały plusz z mózgu. Zanim się obejrzysz, pracujesz po kilkanaście godzin na dobę. Masz kartę na wszystkie obiekty sportowe, ale nigdzie nie bywasz, bo nie wystarcza już czasu ani sił. Masz prywatną opiekę medyczną, ale przecież nie wolno Ci iść na L4, bo świat się zawali i wszystkie projekty runą natychmiast bez Ciebie. Masz ładną pensję, ale kupisz za nią co najwyżej kolejne garsonki. Do pracy, bo nigdzie indziej nie chodzisz. Na życie towarzyskie nie wydasz, bo towarzyszy innych niż ci z open space, to Ty zwyczajnie już nie masz.

Sama po sobie wiem, jak potrafi to uzależniać i wciągać. Wiem, że umiem doprowadzić się do stanu, w którym w czasie piwa z przyjaciółką, które przesuwałam od kilku tygodni, potrafi zadzwonić telefon i ja go muszę odebrać. Sięgnąć wtedy pod stolik, wyciągnąć schowany przed światem komputer, rozłożyć go szybko na blacie i poprawiać pieprzony tekst.

Albo umierać na ramię, bo przecież pracowałam tylko pół doby i coś jeszcze w domu dopiszę. Pewnie, kondycja ważniejsza, toteż po drodze skoczę na basen. A więc na basen z laptopem i z laptopem do domu. Może zrobię sobie dziecko, ważą pewnie podobnie, a przynajmniej miejsce w autobusie ma się niejako z defaultu.

Byłam już dziennikarką, copywriterką, kelnerką, panią w sklepie z rajstopami. Nakładałam dzieciom lody w upalne dni i podawałam burakom piwo, które oni – kompletnie wstawieni – rozlewali potem po stołach. Sprzątałam piękne domki w malowniczym Oslo i zbierałam za pieniądze truskawki.

Wszędzie było mi tak samo dobrze. Często myślę, że to dlatego, że jestem elastyczna i łatwo się adaptuję. Ale stałam raz na przystanku i jeden bezdomny powiedział do drugiego bezdomnego, że nie mył się dwa tygodnie, na co ten, że człowiek, jak świnia, do wszystkiego się przyzwyczaja.

Więc może ja tak właśnie mam. Jak świnia.