Ciemna strona Kamila Durczoka, ciemniejsza strona „Wprost”

Na zdj. fragment okładki dzisiejszego tygodnika „Wprost”

Kamil Durczok w poważnych kłopotach. Szef „Faktów” TVN został przyłapany przez policję, jak ucieka z mieszkania, w którym znaleziono biały proszek. Policja sprawdza, czy to narkotyki. Wcześniej dziennikarz zabarykadował się w lokalu i nie chciał wpuścić właściciela – tymi słowami zaczyna się najgłośniejszy artykuł dnia o jakże chwytliwym tytule Ciemna strona Kamila Durczoka.

I tak, już możecie rzucać w Durczoka kamieniem, jeśli tylko powyższe informacje uznacie za obciążające. W tekście nie znajduje się bowiem nic więcej – chyba, że roztrząsać chcemy kwestię jego preferencji seksualnych, ale to już jest jego prywatna sprawa. Ja natomiast podziwiam młodzieńczy rozmach i pozazdroszczenia godną fantazję redaktora naczelnego „Wprost”, który postanowił wywołać medialną burzę, opartą na magicznym pyle.

Nie wiem, w jakim świecie żyjemy, że jawnie i regularnie robi się z nas debili. Naprawdę, drodzy dziennikarze, bardziej już chyba nie trzeba. Wychowaliście sobie pokolenie idiotów, średnio wymagające, żywiące się krwią, potem i łzami. Wystarczy. Rzeczywistość podwórkowa każdego dnia dostarcza wystarczająco wielu historii, aby móc opędzić nimi setki takich brukowców, jak ten. Bo tak, po publikacji tego tekstu, „Wprost” ciężko będzie nazywać inaczej.

Jakże dowcipne jest choćby samo żonglowanie tytułem – oto bilety na „50 twarzy Greya” rozchodzą się w kinach jak świeże bułeczki, a już „Wprost” postanawia wykorzystać okazję i pod sławę sadystycznego Christiana podpiąć nam także Durczoka. Panie Durczok, pan się nie wstydzi – to bohaterstwo jest, żadna ujma.

Żal tylko, że dzięki oczywistemu nawiązaniu do Greya tygodnik rozejdzie się w większym jeszcze nakładzie, choć sukcesu powieści E. L. James raczej nie powtórzy. Może tekst jest co prawda lepiej napisany, ale historia mocniej jeszcze wyssana z palca (żeby nie powiedzieć gorzej).

Przejdźmy jednak do meritum: naprawdę, rozmawiamy o białym proszku? Może porozmawiajmy zatem o różowych słoniach, bo jedno i drugie zdaje się być pojęciem równie abstrakcyjnym. Czy polskie laboratoria znajdują się gdzieś na Zanzibarze, że policja nie byłaby w stanie szybko ocenić, czy do czynienia ma z narkotykami? Czy Durczok funkcjonowałby teraz poza murami więzienia, udzielał wywiadów, tłumaczył się z zarzutów tak głupich, że aż mu uwłaczają?

Afera jest także o to, że przyłapany na schadzce Durczok najpierw się zabarykadował, a później próbował uciec, wkładając na głowę całe dwa kaptury. To także czyni go winnym, tylko ja się pytam: czego? Jak zresztą ładnie brzmi „zabarykadował się”, podczas gdy on zwyczajnie nie otwierał drzwi. Ja także nie otwieram, jak jestem na przykład w majtkach albo bez, a nagle rozlega się dzwonek do drzwi. Przy założeniu, że wcześniej dział się seks, a mieszkanie nie jest jednak nasze, chęć ukrycia własnej tożsamości przed nieoczekiwanym gościem także nie powinna dziwić. Choć rozumiem, że dziennikarze „Wprost” uprawiają seks tylko z własnymi żonami, tylko w zaciszu własnego domostwa, i tylko w godzinach, kiedy gości podejmować już nie wypada, więc ryzykują niewiele ponad to, co nazwać można śmiertelną nudą.

Kolejna okoliczność oskarżająca: lokal wyglądał jak po burzliwej imprezie, w lokalu rzeczy Durczoka. Po pierwsze, wspomniane dziesiątki torebek z resztkami proszku. Dwie szklanki i pusta butelka po luksusowej wódce. Obok nieprawdopodobna ilość pornografii i gadżetów erotycznych.

Znowu pytanie: i co? Czy naprawdę ktokolwiek sądzi, że jego życie rozciąga się od „Faktów” do „Faktów”? Z czasem wolnym niech robi, co chce, niech aż iskry lecą. I co to za nieprawdopodobna ilość pornografii i gadżetów? Chyba prawdopodobna, skoro się do mieszkania zmieściła.

Dlatego kiedy czytam w artykule, że wszystko składa się na dość przerażający obraz, to ja się pytam, czy klaun w wesołym miasteczku także tych dziennikarzy przeraża. Naprawdę, to są jakiekolwiek dowody? Tyle wystarczy, żeby publicznie zmieszać człowieka z błotem? Żeby z dnia na dzień zrobić z niego ofiarę linczu? Rozpieprzyć w drobny mak wizerunek, który ciężką pracą przez tyle lat budował?

Tak, wiemy, że Durczok ma temperament. Ale za to go także kochamy. Za „upierdolony stół”, który ze sztywnego pana z ekranu zrobił swojego człowieka. Tymczasem „Wprost” rzuca nam gorące newsy jak te o laptopie otwartym na stronie z anonsami prostytutek. I znowu pytanie-klucz: no i co? Po pierwsze: to jego życie. Po drugie: jest rozwiedziony. Po trzecie: mam nadzieję, że panie były ładne.

Tymczasem jak pięknie się to łączy z elektryzującą ostatnio polskie media aferą, zgodnie z którą jedna z dziennikarek miała być molestowana przez szefa zespołu bardzo popularnej stacji telewizyjnej. Dziennikarka oczywiście anonimowa. Co oznacza, że autorem jej słów mógł być każdy – ja, Ty, Latkowski, stażysta parzący kawę albo kolejny zestresowany dziennikarzyna, który nie miał tematu na jedynkę dla swojego szefa.

Wiarygodność sensacji „Wprost” potwierdza dodatkowo finał artykułu: Rozmawiamy o tej historii z jednym ze współpracowników Durczoka z TVN. Nie jest zaskoczony. – To by wyjaśniało jego niektóre zachowania w pracy – mówi. Oczywiście, nie podaje nazwiska, nie ujawnia twarzy. Zdziwię się, jeżeli w ogóle istnieje. A nawet jeśli, to pomyślcie teraz o własnych szefach. Wymagających, cholerycznych, wrzeszczących. Ile byście powiedzieli, żeby im dokopać? Pewnie, że wszystko. Tym chętniej, że anonimowo.

Ja tymczasem patrzę na to i płakać mi się chce. Nad Durczokiem, który przeżywać musi teraz piekło i nad poziomem polskich mediów, o których chętnie powiedziałabym, że ideał sięgnął bruku, ale przecież do ideału zawsze im było daleko.