Ciągle w drodze. Bo droga to życie

Na zdj. kadr z filmu „W drodze”, reż. Walter Salles

Znów na chodniku piętrzył się stos naszych wysłużonych walizek; czekała nas jeszcze dalsza droga. Ale co tam, droga to życie.

Jack Kerouac, „W drodze”

W ciągu ostatnich dziesięciu lat, które uznaję jednak za lata kluczowe – raz dlatego, że przekroczyłam wtedy magiczny próg dorosłości, a dwa, że wyprowadziłam się od rodziców i sama zaczęłam prać swoje skarpetki – mieszkałam w ośmiu miejscach. Były to miejsca przechodnie, w których płacisz czynsz i wszystko jest absolutnie nie Twoje. Wkładasz szczoteczkę do zębów do cudzego kubeczka, siadasz przy stole, przy którym obcy Ci ludzie jadali owsiankę z obcych Ci miseczek, kładziesz się spać do łóżek, w których żyli, umierali i uprawiali seks. Wchodzisz na chwilę w ich skórę, mościsz się na ich miejscach jak sześciolatek we flanelowej piżamce. Czasem jest Ci nieswojo, bo wiesz, że to tylko na chwilę, a czasem zapuszczasz korzenie – bo tak lubisz albo zwyczajnie tak masz.

Ja miałam różnie. Czasem wchodziłam, nie ingerowałam w przestrzeń. Nie zostawiałam swoich włosów pod prysznicem, nie wkładałam do zlewu kubków po kawie. Traktowałam te mieszkania jak sypialnie, w których się bywa, a nie jest. A czasem mieszkałam. Tak naprawdę, z malowaniem ścian, podlewaniem paprotek, dzwonieniem po hydraulika, kiedy właśnie zatkał się zlew. Ale nigdy nie mówiłam o tym „dom”.

Nie wiem, jak to jest uwić gniazdko. Usiąść przy oknie i pomyśleć, że zostanę tutaj już zawsze. Nie jestem jak kot, nie przywiązuję się do miejsc. Przywiązuję się do ludzi, to przy nich chciałabym mieć swój dom. Ciągle jednak ich mylę. Odchodzę, albo odchodzić zdają się oni. Są też tacy, którzy w ogóle nie chcą przyjść.

Ale są takie dziwne momenty, kiedy pomieszkasz w jednym miejscu ciut dłużej. Kiedy oswoisz już wszystko wokół siebie, nazwiesz tę przestrzeń, poznasz liczbę kroków z punktu A do punktu B. Będziesz mieć na osiedlu swoją kosmetyczkę, pani z warzywniaka będzie pamiętać, jakie jabłka codziennie wybierasz, a z ochroniarzem spoufalisz się do tego stopnia, że w drodze do domu będziesz kupować mu fajki. I to jest fajne, tak przystanąć, złapać wtedy oddech, pomyśleć: ojej. Tylko ja właśnie wtedy uciekam. Biorę nogi za pas, bo myślę, że to jeszcze nie to.

Nie wiem, co parzy mnie ciągle w tych miejscach. Czemu wolę pakować znów życie w kartony, kiedy wszystko wydawało się być już ok. Jeśli gdzieś czuję się dobrze, to chyba na dworcach. W tych wszystkich nie-miejscach, które traktują mnie tylko przygodnie, w których płacę za bilet i kupuję spokój. W których nikt nie pyta, o której zajmuję łazienkę, czy lubię zieloną herbatę i będę z nim chodzić na fitness. W których wszystkie znajomości są krótkie, jednorazowe. Gdzie ludzie przychodzą, żeby pobyć, zamiast być.

Wczoraj Jack Kerouac świętowałby swoje 92. urodziny. Patrzę na jego zdjęcie i myślę, że jeżeli czegoś w życiu żałuję, to tego, że nie jestem mężczyzną. Bo mężczyźnie łatwiej być w drodze.

Ale nie ciskam się. Znowu uciekłam, rozpakowuję ostatnie kartony.