Boże, Boże, Bożenko, czyli kogo boli disco polo

Na zdj. kadr z filmu „Disco polo”, reż. Maciej Bochniak

To jesteśmy my i o nas jest ta muzyka.

Widzisz tego gościa w okularach? Jeszcze rok temu siano kosił – pada w jednej z pierwszych scen filmu, a naszym oczom ukazuje się obłapiany przez nieziemskie laski, obrzydliwy kolo, noszący ciuchy w stylu, jaki większość z nas reprezentowałaby wyłącznie dla jaj. Ale obciach jest tutaj nieważny, ważne, że mu się udało. Na czym się wybił? Na disco polo, to proste. Toteż Tomek i Rudy też postanawiają się wybić – kupują więc syntezator i w odpowiednio wysoko podciągniętych spodniach ruszają na podbój polskiej wsi.

disco polo recenzjaCudnie, naprawdę cudnie się ten film zapowiadał i jeszcze cudniejszy okazał. Jest tak przerysowany, tak bajkowy i odpustowy, tak wizualnie dopieszczony i tak muzycznie bogaty, że sama po tych polskich remizach w bluzkach z siateczki mogłabym tańczyć na stołach (Boże, robiłam to).

Mamy tu zresztą największe hity, od Jesteś szalona, przez Bierz co chcesz, aż po Ona tańczy dla mnie. Mamy piękną opowieść o smutnym życiu i radosnych marzeniach. Mamy w końcu polską realizację amerykańskiego snu, który powiódł się, a jakże, ale obkupiony był niemałym wysiłkiem.

Otóż „Disco polo” zaczyna się jak klasyczna baśń: jest chłopiec, który wyrwać się musi z domu rodzinnego i odbębnić swój własny rytuał przejścia: potwierdzić męskość, zdobyć zamek oraz rękę księżniczki, a na jego drodze stanąć musi oczywiście smok. W roli chłopca – Dawid Ogrodnik, który gorszych ról po prostu nie miewa, w roli smoka zaś – Tomasz Kot, który im starszy i chudszy, tym lepszy. No i jest jeszcze Rudy, który chłopcu towarzyszy. Rudego gra równie świetny Piotr Głowacki, którego uśmiech i grzywka potwierdzają beztroskę, kładąc się cieniem na inteligencji.

disco polo recenzjaRozczarują się ci, którzy od „Disco polo” oczekują kalendarium polskiego obciachu. Rozczarują też ci, którym kije w zadkach nie pozwalają na chwilę zluzować, wgapić się w ten ekran i przy kolejnym znanym na pamięć hicie potrząsać w rytm muzyki głowami. Z autentycznym bólem przyjmuję zresztą to całe malkontenctwo, które wokół filmu narosło – tych szanowanych krytyków z własnymi kolumnami w „Polityce” i na Onecie, którzy na chwilę nie potrafią poluzować szelek i stoją naburmuszeni jak głodny grubas w piaskownicy. Tego nie dotkną, tamtego się boją, to ich trochę mierzi, a to mocno obrzydza. Boże, panowie. Oglądajcie sobie w kółko Orsona Wellesa, a fajnym ludziom dajcie cieszyć się fajnymi filmami.

Przecież jak czytam te wszystkie zarzuty o kicz, bazarowość, nudę i niesmaczny przepych, to z wrażenia mylą mi się w głowie słowa „Blondyneczki”. To cudna stylistyka jest, ten film jest tak zrobiony, że oczu od niego oderwać nie sposób. Poza tym jest tak powypychany cytatami, tyle tu zapożyczeń, tyle smaczków do wyłapania, że wytrawny widz będzie się wił z rozkoszy w swoim fotelu, odgadując kolejne zagadki. Cała reszta też się przecież nie zanudzi, bo migać im będą cekiny, brokaty i neony, a czasami nawet jachty i dorodne biusty.

disco polo recenzjaPrzyjemnie w końcu się ogląda tę historię od pucybuta do milionera, surrealistyczną, niemożliwą, na wskroś nierzeczywistą. Ktoś powie, że tak się nie da, ale chłopcy z ekranu machają na to ręką, wkładają te swoje błyszczące garnitury i rwą laski na potęgę. I to dopiero jest życie, a nie piątek przed telewizorem i promocja na piwerko z Lidla.

Maciej Bochniak wchodzi więc do polskiego kina debiutem brawurowym, dla którego obciach to nowa estetyka, a żart i kpina – niezawodny środek wyrazu. Przecież ten jacht, sunący po pustynnych piaskach, te migające niczym Las Vegas polskie karuzele, ta teksańska rafineria ropy z samiuśkiego początku – to obrazy są tak sprawnie i efektownie wykonane, że nikt nie powie już, że tandeta nie może być piękna.

Dlatego kiedy z ekranu pada znamienne „to jesteśmy my i o nas jest ta muzyka”, to ja myślę, że w tym tkwi właśnie fenomen disco polo. Śmiać się możemy z niego wszyscy, ale wskażcie mi inny gatunek muzyczny, który miały tyle hitów, rozpoznawalnych przez wszystkich.

disco polo recenzjaKtóry – chociaż minęły już czasy jego największej świetności – wciąż pozostawałby żywy i porywał do tańca tłumy? Chcecie, to się śmiejcie, ale to nie jest tak, że się słucha w kółko Milesa Davisa albo Leszka Możdżera.

Toteż kiedy te proste chłopaki wychodzą w tych swoich śmiesznych ciuchach na scenę, marzą o lepszym życiu i swoim własnym, amerykańskim śnie, to ja mogę robić im chórki przy takich hitach jak „Wolność”, „Gwiazda” czy też„Sąsiadka” i korona mi od tego z głowy nie spadnie. Chociaż bywało, że ze stołów w podobnych okolicznościach spadałam ja.

Zobacz zwiastun filmu: