Bohaterowie internetu. Gotowi zabić za wiedzę

Wiecie, kim jest Anna Wendzikowska? Oczywiście, że wiecie, bo pół internetu drze z niej aktualnie łacha. Powody tym razem są dwa – najpierw w wywiadzie z Sigourney Weaver przyznała, że nie wie, kim był Jerzy Grotowski, a teraz dała się podpuścić ekipie Rock Radia, która zaproponowała jej prowadzenie spotkania z Charlesem Bukowskim. I to wprowadza akurat pewną niezręczność, ponieważ Bukowski od 21 lat całkiem dosłownie nie żyje.

Nie spodziewałabym się przełomu w tej kwestii także do 15 sierpnia, kiedy to spotkanie miałoby mieć miejsce. Nie o to jednak chodzi – pal licho, że dziewczyna dała się im wkręcić. Problem w tym, jak zareagowała na to reszta. Bo tak, jak poprzednio wszyscy byli specjalistami od teatru XX wieku, tak teraz wszyscy są specjalistami od literatury amerykańskiej. A ja Wam powiem, że nie.

Nie wiemy wszystkiego. Nie mamy aż tak chłonnych mózgów, a i doba nie bywa raczej z gumy. W praktyce oznacza to, że dysponujemy ograniczonymi możliwościami poznawczymi i podobnie ograniczonym czasem. Nie ma, po prostu nie ma opcji, żeby wiedzieć wszystko o wszystkim i o wszystkich.

Sama studiowałam filologię polską, do tego na specjalizacji o dumnej nazwie „krytyka literacka i artystyczna”. Czy były tam zajęcia z teatru? Były. Czy dowiedziałam się czegokolwiek o Grotowskim? Poza tym, że ktoś taki w ogóle był – nic. Ba, studiowałam także dziennikarstwo i komunikację społeczną, do tego na specjalizacji „creative writing” – myślicie, że na którymkolwiek z tych kierunków padło nazwisko Bukowskiego? Otóż nie.

O Grotowskim doczytałam więcej na własną rękę, bo akurat mnie to ciekawiło. Ale ilu innych reżyserów teatralnych przy tym pominęłam? Ilu sztuk nie widziałam, o ilu reżyserach nigdy nie słyszałam? A Bukowski? Powiedział mi o nim jeden z moich facetów. Urzekła go cała ta pisanina o piciu i pieprzeniu, bo zwyczajnie pasowała mu do lajfstajlu. Bo nie, facet nie był typem zagorzałego czytelnika – chłonął raczej to, czym mógł szpanować później przed laskami.

No i śmiejcie się, bardzo proszę, że bez niego nie znałabym Bukowskiego, a to jest przecież podstawa. Tyle, że nie zmarnowałam życia, leżąc do góry brzuchem i kontemplując strukturę sufitu. Od dziecka pochłaniam książki i filmy, z bibliotek mogłabym nie wychodzić. Zabrzmi to może nieskromnie, ale uważam, że mam gigantyczną wiedzę, co nie znaczy, że jest to wiedza kompletna. Nie wiem jeszcze tysiąca rzeczy i to, nad czym ubolewam, to świadomość, że nigdy w pełni tego nie nadrobię. Nikt z nas nie żyje tak długo.

Mam przy tym ogromne szczęście, że nikt nigdy dotkliwie mnie za moją niewiedzę nie wyśmiał. Bo to normalne: nie wiedzieć. Nie wiedzieć, kim był Grotowski, Bukowski, Marek Aureliusz czy Anna Karenina. Nie odróżniać kubistów od impresjonistów, nie wiedzieć, kim jest Krystian Lupa. Wiedza to przywilej, a nie obowiązek.

Kiedy usłyszałam o tej całej zadymie, jaka rozpętała się po wywiadzie Wendzikowskiej z Sigourney Weaver, myślałam, że nam biedaczkę zmiażdżyła. Tyle się posypało zarzutów, że obciach, wstyd i narodowa hańba. Myślałam: no wgniotła ją w ziemię, jak nic. Dopiero dziś zobaczyłam ten wywiad. Wendzikowska, zapytana o Grotowskiego, mówi wprost: nie wiem. Po czym dodaje speszona: Muszę o nim poczytać, trochę się wstydzę.

I to jest najlepsze, co mogła w tym wypadku zrobić. Przyznać się, że nie wie i wyrazić skruchę. I za to ogromny szacunek, bo idę o zakład, że niejeden z tych jadących po niej krzykaczy nie miałby do tego jaj. A i Weaver nie reaguje agresją. Jasne, że załamuje ręce, ale kiedy Wendzikowska mówi, że jest jej wstyd, rzuca pocieszające: Niepotrzebnie.

Nie rozumiem więc, co zatem takiego się stało, że na Wendzikowskiej zaczął się wtedy lincz. Naprawdę, wszyscy wiecie, kim był Grotowski? Wiedzą to Wasi rodzice, znajomi, sąsiedzi? To jest jakaś elementarna wiedza, jak 2 + 2?

Tak samo z Bukowskim. No bardzo zabawne, proponować spotkanie z kimś, kto nie żyje. Przypomnijcie mi, proszę, co aktualnie znajduje się w kanonie lektur, choć jestem przekonana, że może tam widnieć wszystko, ale nie on. Co więcej, idę o zakład, że ci, którzy wyzywają dziewczynę od idiotek, o istnieniu Bukowskiego dowiedzieli się w chwili rozpętania samej zadymy.

Szczęśliwi, którzy mają Wikipedię – w mig posiądą wiedzę, która da im wyższość nad resztą.

Kiedy pracowałam jako dziennikarz, wysłałam do Wendzikowskiej maila. Prosta sprawa, artykuł na temat Manolo Blahnika. Potrzebowałam wypowiedzi kobiet, które się w jego butach kochają. Tak trafiłam na Anię – chociaż nie było jej wtedy w Polsce, odpowiedź przyszła błyskawicznie. Stała za nią miła, sympatyczna dziewczyna. Jasne, że temat banalny, ale liczy się sama kultura. W tamtym czasie mailowałam bowiem z całymi zastępami szacownych profesorów i wierzcie mi, że połowa nie odpisywała wcale, a druga połowa potrafiła zmieszać mnie z błotem. Najczulej wspominam astronoma, z którym chciałam rozmawiać o nadchodzącym zaćmieniu. Nie wystarczyły moje dwa fakultety i wstępny research w temacie. Usłyszałam, że nie będzie rozmawiał z dyletantem i że powinnam się wstydzić, że nie zrobiłam z tego choćby magistra.

Wiecie, pięć lat studiów. Żeby napisać tekst. Na pięć tysięcy znaków.

Dlatego uparcie obstaję przy tym, że nikt nie jest wszechwiedzący, natomiast to, co jest w życiu ważne, to Twój szacunek do innych oraz Twoja kultura. To, jakim jesteś człowiekiem i jak odnosisz się do reszty, a nie to, czy w małym paluszku masz „Poetykę” Arystotelesa, a przed snem wertujesz „Iliadę”.

I to dlatego Wendzikowskiej będę bronić uparcie, bo ze swoim przyznawaniem się do niewiedzy stoi dla mnie o wiele wyżej niż ci, którzy obecnie mają z niej ubaw po pachy. A wszystkim tym, którzy chcą w nią rzucić kamieniem, serdecznie proponuję, aby nakierowali go na własne jednak czoło.

Wkręt z Bukowskim możecie natomiast zobaczyć sobie tu: