Bajka o Michaśce, co brała w dupę bez litości

Na zdj. okładka przekładu „Lubiewa” Michała Witkowskiego, Portobello Books 2011

Światem rządzą niezbyt zrozumiałe, za to stalowo konsekwentne zasady i kto się z nimi nie liczy, ten bierze w dupę bez litości.

Michał Witkowski, „Barbara Radziwiłłówna z Jaworzna-Szczakowej”

Cudny, naprawdę cudny jest ten cytat z Witkowskiego, choć można by się zdobyć na prymitywny żart, że branie w dupę krzywdy mu akurat nie robi. Natomiast on sam zrobił sobie krzywdę pierwszorzędną, wystawiając tę dupę na taki obstrzał, że tygodniami przyjdzie mu siadać teraz na poduszkach.

Jeśli ktoś nie wie, to cała afera wzięła się stąd, że Michał Witkowski – niegdyś cudowne dziecko literatury polskiej, wysmarowujące kolejne powieści potem pomieszanym ze spermą, zdecydował się zostać szafiarką i opowiadać po telewizjach śniadaniowych, na jakie to ciuszki nie wydaje swoich ciężko zarobionych na pisaniu pieniędzy oraz w co to on sobie botoksu nie wstrzykuje i czym to nie naciąga twarzy. I naprawdę, nic a nic nie obchodzi mnie to, czy stać go na Verę Wang czy na Alexandra McQueena, bo tak długo, jak długo jest świetnym pisarzem, może obsypywać się nawet brokatem. Problem leży w przegięciu.

Przegięcie natomiast zaczęło się wtedy, kiedy ten całkiem miły i nieszkodliwy gej-intelektualista z uznanego pisarza zaczął zmierzać w kierunku pisarza-śmieciarza, to jest człowieka robiącego z siebie totalne pośmiewisko. Zmierzać, co gorsza, autostradą bez zjazdów. Bo o ile dotychczasowe „stylizacje” były co najwyżej przykre, o tyle za kapelusz z symbolem SS wylało się na niego pełniutkie wiadro pomyj. Czy mi go żal? Wcale, bo jakżeś głupi, to cierp.

Natomiast to, co jest w tym jeszcze smutniejsze, to reakcje ludzi. Nagle wszyscy poczuli się obrońcami historii i jednogłośnie oskarżyli go o propagowanie faszyzmu. A ja bym wyraźnie oddzieliła jednak głupotę od złej woli. Bo i jak wielkim trzeba być idiotą, żeby wierzyć, że Witkowski rzeczywiście opowiadałby się za tą właśnie ideologią? Że serio postanowił w ten, a nie inny sposób, zamanifestować swoją przynależność myślową? Zachował się jak pajac, lecz pajac nieszkodliwy. Jasne, brońmy historii, szacunku, wartości – ale nie kosztem człowieka, który pomyślał raz jeden za mało.

Zastanawia mnie natomiast to, kto tych wartości broni – bo oto prawdziwi patrioci oburzyli się, że przecież incydent był w pełni świadomy i zamierzony, bowiem miał miejsce na dzień przed kolejną rocznicą powstania w getcie warszawskim. A ja uśmiecham się tylko pod nosem, bo idźcie ulicą i pytajcie przypadkowo napotkanych ludzi, kiedy miało ono miejsce, a idę o zakład, że trzy czwarte Wam nie odpowie. Ale jak trzeba komuś wbić kosę w plecy, to od razu każdy pamięta.

Jakby tego było mało, wydawnictwo Znak zawiesiło współpracę z Witkowskim, choć właśnie miało mu wypuszczać na rynek najnowszą powieść o cudnie brzmiącym tytule „Fynf und cfancyś”. No ale nie wypuści, bo – jak się tłumaczy – to nie jest dobry czas dla autora, a oni nie chcą promować się na skandalu. I to akurat rozumiem. Znak, jak mało które wydawnictwo w Polsce, ma za sobą taką historię i takie wartości, że ja się dziwię, że w Witkowskiego w ogóle inwestować chciał (a mówię to mimo naprawdę ogromnej sympatii dla świetnie piszącej Michaśki).

Nie rozumiem natomiast prokuratury, która zapowiada, że w ciągu najbliższego miesiąca sprawdzać będzie, „ czy istnieją podstawy do wszczęcia postępowania karnego”. Bo jeśli tak, to należy pamiętać, że za propagowanie faszyzmu grozi grzywna, ograniczenie wolności lub też pozbawienie jej do dwóch lat. A ja się pytam: to nie ma już poważniejszych rzeczy do sprawdzenia?

Sam Witkowski postanowił natomiast posypać głowę popiołem i oficjalnie przeprosił. Jednak tym, jak przeprosił, skompromitował się moim zdaniem do cna. Przypominam, że prowadzi on bloga modowego i dumnie ogłasza się szafiarką. Ale oto w oficjalnych przeprosinach czytamy, że „kapelusz wraz z elementami stylizacji przygotowywał mu stylista, a on otrzymał go przed samym pokazem, toteż nie przyglądał mu się zbyt wnikliwie”. I ja na tym etapie wysiadam.

Wysiadam, bo co się mogło w tej sytuacji skompromitować, to się skompromitowało. Skompromitowała się sama Michaśka, która wyszła na mało spostrzegawczą idiotkę, skompromitowała prokuratura, że na serio chce ten incydent wałkować, skompromitowały też media, że tak tę aferę rozgrzały, chociaż głupotę ludzką najlepiej by było przemilczeć. Kompromitują się także internauci, którzy swoje oburzenie zwykli kwitować zdaniem „a kto to w ogóle jest” (na co mam ochotę odpowiedzieć: „nie trzeba było spierdalać z polaka, dzido”), a także wszyscy ci, którzy nagle obrzucają jego osiągnięcia błotem. Ludzie, to nadal jest świetny pisarz. Skompromitowany, ale warsztatowo bezbłędny. I żaden hejter mu tego nie odbierze.

Niestety, to właśnie jest to, co boli najbardziej – to przesunięcie środka ciężkości z naprawdę wybornego pisarza na „przegiętego pedała” (a to i tak jedno z milszych określeń, jakimi darzą go obecnie internauci), z którego można się pośmiać. Zachowanie Michaśki nie pomoże bowiem ani w promocji czytelnictwa, ani w ciężkich zmaganiach środowisk LGBT, które konsekwentnie i z niemałymi sukcesami wyrywają sobie w tym zaściankowym kraju własny kawałek przestrzeni. A to dlatego, że akcje takie jak te utwierdzają stereotyp homoseksualisty-dziwaka, ubranego jak ciota, z piankami marshmallow zamiast mózgu i w zjawiskowo tandetnym makijażu.

A ja patrzę na tę Michaśkę na ściance i serce mam rozdarte. Bo to jednocześnie i gamoń, i geniusz jednak jest.