Audrey Hepburn i kłótnie o żelazko. Czyli kolejny tekst o miłości

Na zdj. kadr z filmu „Śniadanie u Tiffany’ego”, reż. Blake Edwards

Nie chcę mieć niczego na własność, dopóki nie znajdę takiego miejsca, w którym będę wiedzieć, że ja i rzeczy należymy do siebie. Na razie nie za bardzo wiem, gdzie to jest. Ale wiem, jak to jest.

Holly Golightly, „Śniadanie u Tiffany’ego”

Znacie to uczucie? Zadamawiania się? Kiedy wchodzicie w zupełnie nową przestrzeń i chcecie, żeby już, natychmiast, była Wasza. U mnie pięknie widać to na przeprowadzkach. Dawno, dawno temu, w czasach wielkiej głupoty i wielkiego zakochania (nie wiem, czy te rzeczy mogłyby nie iść ze sobą w parze, ale z niecierpliwością wypatruję powtórki), ochoczo zmieniałam mieszkania. Z tego zagraconego, udomowionego, małżeńskiego gniazdka, na mieszkanie puste i nowe, w którym można było wszystko, a nie trzeba było już nic. Które czekało na chłopaka, który miał pić ze mną wino na balkonie, patrząc na padający powolutku śnieg. Cholerny banał, ale jak kochasz, to łykasz. Takie teksty, w sensie.

Z silnego zakochania wynikała też silna potrzeba zagospodarowania. Przemalowania ścian, dokupienia mebli. Wymienienia pościeli, bielizny, nawet kubka do kawy, jakby zmiana mężczyzny wymagała zmiany scenografii. Ale to było piękne, tak meblować życie pod niego. I nawet ta Audrey wisiała u mnie na drzwiach.

Jakkolwiek, historia skończyła się, zanim się zaczęła i od tamtej pory nie mebluję już nic. Dotarło do mnie, że najpierw trzeba znaleźć swoje miejsce, a dopiero później innych do niego zapraszać. Bo tutaj nie działa odwrócenie porządku. Robiąc coś pod kogoś, zostajesz z niczym, kiedy ten ktoś odchodzi. A Ty patrzysz na te ściany, na tę Audrey i zalegające pod łóżkiem wino i nawet nie zauważasz, że właściwie jest lato i dawno przestał padać już śnieg.

I wraz z przyjściem spokoju zniknęła potrzeba zagracania. Kupowania tych wszystkich drobiazgów, które – przydatne bądź nie – składają się na dom. Przemalowywania ścian i sufitów, wymieniania mebli, wyrzucania na śmietnik nadwiędniętych paprotek, chociaż w połączeniu wyglądają jak niewdzięczna reklama polskiej szkoły dizajnu. I tak sobie myślę, że nie chcę mieć niczego na własność, dopóki nie znajdę takiego miejsca, w którym będę wiedzieć, że ja i rzeczy należymy do siebie. Że to jest ten moment, żeby zarzucić kotwicę.

Bo niestety, ale rzeczy zarzucają je za Was. Ciężko się wyprowadzić, kiedy macie do zabrania dwadzieścia kartonów z książkami, dwie szafy i kontener ciuchów. Kiedy musicie dzielić między sobą Wasze koty i rzucać monetą o to, kto zabiera żelazko.

Jest zresztą inny ładny, pasujący tu świetnie cytaty. Z „Fight Clubu” Chucka Palahniuka.

Kupujesz meble. Mówisz sobie, to jest ostatnia kanapa, jakiej będę potrzebował w życiu. Kupujesz kanapę, potem przez parę lat jesteś zadowolony, że cokolwiek będzie się działo złego, masz przynajmniej rozwiązaną sprawę kanapy. Potem idealne łóżko. Zasłony. Dywan. A potem jesteś uwięziony w swoim uroczym gniazdku i stajesz się własnością rzeczy, które kiedyś były twoją własnością.

Prawdziwe, nie? Dlatego lepiej najpierw umeblować wszystko w środku. Na nową kanapę przyjdzie jeszcze czas.