Anja Rubik jako Princess Dresiara, czyli smutno mi, Boże

Na zdj. Anja Rubik w teledysku „Chleb” Doroty Masłowskiej, fot. YouTube

Tego dnia miałam rozbierać choinkę, ale powiedziałem matce,
że pójdę pierw po chleb na kolację, co nie?
Pójdę do Żabki, nie ma tam kolejki, może daleko,
ale dają te naklejki. Za pięćset dostajesz maskotkę,
bynajmniej dla mnie są one mega słodkie!

Dorota Masłowska, tekst piosenki „Chleb”

Oto Masłowska bierze się za rzecz, za którą – jak wszyscy twierdzą – brać się w ogóle nie powinna. Zamiast pisać, śpiewa. Ale jak pisała, to też było źle, bo chociaż nagrody się posypały, a krytycy jęknęli, to powszechniejsze było zgorszenie, że co z tą Polską wyprawia. Że traktuje język niczym mięso armatnie, że wykoślawia wizję ojczyzny i krzywy daje obraz narodu. Że niepoprawna, do tego brzydka, do tego jeszcze gówniara, a najlepiej, to niech już zdechnie i szlus.

I ja w takich momentach myślę, że to smutne, być z Polski. Z tej krainy ludzi nadętych, napompowanych, których Matka Natura na drodze ewolucji wyposażyła w dodatkowy organ w postaci kija w dupie. I choćby taka Chodakowska dwoiła się i troiła, to tego społeczeństwa i tak nie rozrusza. Można poderwać tyłek z kanapy, ale potrząsnąć trochę tym mózgiem, to chyba jednak już nie.

Bo Masłowska urządziła nam kolejną właśnie wywrotkę i powróciła na scenę jako Mister D. Jej debiutancki album, wydany przez Galerię Raster, to jedenaście kawałków, napisanych totalnie genialnie. Znowu pokracznie, znowu z wywalonym w stronę oburzonego społeczeństwa jęzorem. Znowu z pomysłem i konsekwencją. I znowu nikt nie wie, z czym to się je i czy to się, przypadkiem, nie zwraca.

Podobnie prezentuje się kwestia mocno przerysowanych tu teledysków. Stylistyka rodem z kaset VHS, z samą Masłowską ociekającą kiczem, nie mogła się w tym pozamykanym na drwinę kraju spodobać. A właśnie tak najnowszy „Chleb” został poprowadzony – oto polskie blokowisko, Masłowska jako dziewczyna „stąd”, z różową szminą, w obciachowych ciuchach i z wielkimi kółkami w uszach. Obok niej krytyk kulinarny Maciej Nowak w roli matki napotkanego przez Masłowską chłopaka, wdzięcznie nazywany Jego Starą i – co najwięcej wywołuje zamętu – Anja Rubik jako Princess Dresiara. W białych kozaczkach, tanim makijażu i włochatej kamizelce. Wiadomo.

I od razu krzyczą Polacy, że obraza, kicz oraz wstyd. Że Masłowska śpiewać nie umie, klipy ma niczym sprzed wieku, a do tego teksty, przez które święci pańscy wyglądają z nieba, najpewniej ze stoperami w swoich świętych uszach. Że po co się za to bierze, że taka muzyka to gówno i sztuką tego nazwać nie sposób. Więc ja autentycznie się pytam, jak można brać to na serio? Jak można łykać taki bajer niczym pelikan rybki i myśleć, że to się dzieje naprawdę? Ten tekst o pieczeniu chleba, Rubik na tle tęczy i romantyczne przejażdżki na grzbiecie  jamnika?

Żeby się na to obruszać, trzeba nie wiedzieć, co to ironia, pastisz czy sarkazm, a dystans pojmować co najwyżej jako odległość od domu do Żabki. Trzeba nie wiedzieć w końcu, z czego zasłynęła wcześniej Masłowska i pojęcia nie mieć, kim jest trzaskający jej klipy Skonieczny. Przecież to on robił teledyski do takich rzeczy jak „Projekt Warszawiak”, a teraz wyreżyserował nam „Hardkor Disko”.

Trzeba nie umieć w końcu docenić tutaj roli Anji Rubik, która – nie oszukujmy się – robi tu całą robotę. Ta dumna pannica, zwykle z podniesioną głową, pozująca dla najsłynniejszych fotografów, brylująca na okładkach Vogue’a i przechadzająca się po wybiegach u najbardziej topowych projektantów, wystąpiła jako typowa dresiara! Wyszło jej to genialnie i pokazało, jak wielki ta dziewczyna ma do siebie dystans. Czyli tę ważną cechę, jaka powinna odróżniać ludzi od – na przykład – butów.

Dlatego proszę – nie, nie traktujcie tej muzyki poważnie. Czasem ktoś coś robi prześmiewczo. Puszcza do Was oczko, szturcha Was w boczek leciutko. Szkoda, że tak spora część ludzi wciąż nie jest w stanie w porę tego zrozumieć.

„Społeczeństwo jest niemiłe”. Tak brzmi tytuł albumu. Chociaż wypadałoby powiedzieć dosadniej, że głupie. Tak głupie, że w rzeczonym teledysku mogłoby zagrać rolę co najwyżej chleba.

A kto nie widział, niech je: