Adoracja Jezusa Lodówkowego, czyli bardzo Was kocham, ale jednak nie dziś

Na zdj. Pomnik Chrystusa Króla w Świebodzinie, fot. Arkadiusz Zarzecki/Wikimedia/CC BY-SA 3.0

Pragnę jedynie miękkiej, mglistej przestrzeni, w której mogę żyć, i jeszcze żeby zostawiono mnie w spokoju.

Charles Bukowski, „Kobiety”

Bardzo lubię skrajności, choć to nie czyni ze mnie osoby stabilnej. Finansowo, emocjonalnie, jakkolwiek. Jeśli się huśtam, to na dwóch biegunach, jeśli upadam, to obijam twarz. Trochę w myśl hasła: jak kochać, to księcia, jak kraść, to miliony. A trochę z głupoty i niewiary, że tak normalnie, po środku, całkiem przyjemnie się da.

Tak samo zresztą mam z ludźmi. Albo ich kocham, albo nienawidzę. Nie uznaję tolerancji, akceptacji, żadnej z form przyzwolenia. Jeśli ich odsuwam, to jak najdalej, jeśli przysuwam, to przyciskam od razu do piersi. Żaden z tych stanów nie trwa jednak wiecznie. Każdy ma swój moment, swój określony, wydzielony czas. I ja okropnie się wiercę, kiedy inni nie czują, kiedy dzieje się co.

Mamy w naszej paczce taką świecką tradycję. Zapoczątkowaną jeszcze przez Moni, Moni czasem pojawia się w moich opowieściach, chociaż teraz rzadziej, bo jeździ po Amsterdamie na bagażniku czyjegoś roweru i siebie dla siebie mamy jakby mniej. W każdym razie, Moni ma piękne mieszkanie. Z Jezusem na lodówce oraz żółtym słoniem na ścianie. Słoń jest malowany, ale pod ścianą stoją zabawki oraz miski z wodą. Po psie, który tam był, ale wygląda, jakby to słoń czasami sobie z nich jadł. No jest to po prostu osom.

Jezus także jest osom. Jest biały, plastikowy i wyciąga ramiona. I przyjechał ze Świebodzina, a to już nie byle co. Każdy powinien odwiedzić kiedyś Świebodzin, tym bardziej, że nieopodal Jezusa jest Tesco. Każdemu według jego potrzeb oraz każdemu zimne piwko z promocji.

I tak się jakoś utarło, że w tym Moni mieszkaniu robi się czasem dom schadzek. Każdy tam mieszka, jak nie ma gdzie, sama tam tak kiedyś mieszkałam. To było bardzo dziwne, bowiem nie kochałyśmy się jeszcze wtedy z Moni i znałyśmy się raczej słabiej, niż mocniej, ale pamiętam, że jechałam tramwajem i napisałam jej smsa, czy mogę chwilę pomieszkać. Miało być trzy, cztery noce, nie więcej, a ledwo wykopała mnie po miesiącu. Przeze mnie ma zresztą teraz taki strach, że jak ktoś wejdzie, to już tam tak przy niej zostanie. Bo ona cudowna jest, trzyma ludzi na dystans, a mało kto tak lubi i ma.

Dom schadzek przejawia się także tym, że robione są w nim spotkania. Jak komuś się coś urodzi, na przykład problem, albo zdechnie, na przykład królik. Stypa po króliku była zresztą przednia, malowaliśmy mu portrety i kilka zawisło na ścianie.

Moni ostatnio jednak wyjechała i tak się stało, że wprowadziłam się ja. Tylko ludzie zostali. I musicie wiedzieć, że ci ludzie – których kocham, wielbię i szanuję – postanowili uczynić minioną środę dniem adoracji Jezusa Lodówkowego i utworzyli w tej intencji na fejsie stosowne nawet wydarzenie. Zapomnieli tylko o jednej ważnej rzeczy, jaką jestem ja.

Ze mną z kolei problem jest taki, że czasem jestem fajna, a czasem raczej nie. Jak już wyczerpią mi się zasoby zajebistości, jak już limity towarzyskości na dany miesiąc wyrobię, to nie ma siły, która by mnie zmusiła, aby nagle uczynić się miłym. Zwłaszcza, kiedy nie jem, nie śpię, pracuję. I wiedzieć, że tak właśnie się mam i robić u mnie imprezę bez mojej niejako zgody, to to jest dzikość i szlam.

I gdybym miała stosowne uprawnienia, zmieniłabym nazwę wydarzenia na adorację klamki Jezusa Lodówkowego – tak właśnie, słuchajcie, by było. Niemniej, adoracja odbyła się, ale gdzie indziej, bez udziału mnie, jak i również Jezusa, który beze mnie się z domu nie ruszy. I smutno mi trochę, że mnie z nimi nie było, i wstyd jest mi trochę, że uprzejmością przypominam niekiedy marzannę, ale wychodzę z jednego, prostego założenia, że za stara jednak jestem, żeby cokolwiek robić wbrew sobie. Tak, miewam momenty samotności, niezbędnej tak jak tlen do przeżycia. Nasycam się ludźmi i puchnę od nich jak gąbka. Nie wstrzelić się w moment to pozwolić, żebym zastrzelić chciała się ja.

I wiecie, zamiast teraz się kajać, to myślę, że to jest całkiem normalne. Że człowiek ma jednak niezbywalne prawo do zmarnowania sobie życia, do przesiedzenia dnia pod kołdrą albo na czytaniu w necie poradnika, jak zrobić moździerz z opakowania po Pringlesach. I prawdziwy przyjaciel to taki, który zrozumie. I jak ten Jezus – zamiast zajebać fochem, to będzie stał obok, jak wcześniej stał.