A Ty, co chciałbyś wsadzić do czyjejś macicy?

Na zdj. kadr z filmu „4 miesiące, 3 tygodnie i 2 dni”, reż. Cristian Mungiu

Budzi moją odrazę, gdy widzę panów, którzy dostają wzwodu moralnego, wchodząc w rolę dysponentów ciała kobiety.

Tomasz Lis

Nie lubię takich tekstów, nie lubię takich tematów. Nie lubię zabierać głosu w sprawie, która wywołuje tyle kontrowersji i która przemieliła się w mediach w sposób tak przesadny. Ale czasem wszyscy chyba cierpimy na coś takiego, jak poczucie obowiązku. I ja to właśnie mam.

Mowa oczywiście o aborcji, co to jej lekarz nie zrobił i w ten sposób ocalił życie ludzkie. Życie dziecka, konkretnie. I ono urodziło się i teraz umierać może sobie już poza granicami brzuszka. Bo zabić je w ciele matki – to by było okropne. Ale pozwolić tej matce cierpieć katusze, wyjąć dziecko z jej brzucha i patrzeć, jak teraz powoli umiera, to jest już całkiem ok.

Załóżmy wstępnie, że to dziecko przeżyje. Dziecko, które „nie ma połowy głowy, ma mózg na wierzchu, ma wiszącą gałkę oczną, ma rozszczep całej twarzy, nie ma mózgu w środku”. Czy ten lekarz chciałby takiego życia dla siebie? Czy ktokolwiek z nas chciałby takiego życia? Czy nie lepiej faktycznie zapobiec dalszym mękom już w łonie matki, przy zerowej świadomości płodu na temat tego, co właśnie mu się wyprawia? Na litość boską, jak oni chcą to poskładać? Wcisnąć ten móżdżek do czaszki, oczko przyczepić agrafką? W ten sposób fundujemy dziecku los na miarę Frankensteina. Życie, skazane na szukanie wsparcia, pomocy i litości u innych. Życie, które okupione będzie cierpieniem i męką. Które będzie równie tragiczne, jak życie zajmujących się nim osób. Jest jakaś dawka cierpienia, której nie należy przekraczać i która w tym momencie została wyraźnie przekroczona.

A jeśli – jak wypowiadają się teraz lekarze – to dziecko umrze za miesiąc, dwa? Czy ten miesiąc, dwa życia, warte były tego, żeby tak zniszczyć życie matce? Chyba niektórzy zapominają, że ona nosiła je w brzuchu. Z tą dyndającą gałką oczną, z tym wylewającym się na boki mózgiem. Żyła z koszmarną świadomością tego, że zaraz po urodzeniu to dziecko straci. Ciało człowieka to nie jest przechowalnia, spichlerz ani inkubator. To nie jest maszyna, która stoi gdzieś w kącie. To żywy organizm, na którego niebagatelny wpływ ma jeszcze psychika.

Zmroziło mnie, kiedy przeczytałam kiedyś o kobietach, których dzieci umarły gdzieś w ostatnich miesiącach ciąży i którym kazano czekać na naturalny poród. Albo chociaż do momentu, aż lekarz znajdzie miejsce w grafiku, żeby z nich te małe zwłoki wyciągnąć. Którym kazano nosić te brzuchy, które tak pieszczotliwie miesiącami głaskały. Do których mówiły i z których zawartością wiązały całe swoje przyszłe życie. Co za chory zatem jest umysł, który wpada na podobny pomysł. Który ciało żywej kobiety zamienia w trumnę i każe jej tak egzystować.

Przecież mamy tu żywą, czującą i myślącą kobietę. Kobietę, która wie, że urodzi istotę absolutnie niezdolną do życia. Zdeformowaną, z rozszczepieniem twarzy i wszystkimi tymi okropnymi rzeczami, które media tak skrupulatnie opisywały, a których ja wolałabym nie. I ktoś wpadł na pomysł, żeby ją w tym stanie przetrzymać. Tak się nie ratuje życia. Tak się życie niszczy.

Nie wypowiadam się tutaj w temacie aborcji jako takiej. Ale jeśli chodzi o ciąże, zagrażające życiu matki, albo z góry skazane na skrajną ułomność, zdeformowanie czy śmierć, to przepraszam tych, których uczucia obrażam, ale jestem jednak ZA. Nie możemy za wszelką cenę bronić życia dziecka, narażając jednocześnie życie matki. Może to jest egoistyczne podejście, ale nie życzę sobie, aby ktokolwiek i kiedykolwiek mówił mi, co mam hodować w macicy. Tak, te słowa brzmią obrazoburczo i dosadnie. Ale zanim rzucicie kamieniem, pomyślcie, czy zamienilibyście się z tą kobietą na życia. Czy chcielibyście, aby i Wam ktoś zafundował taką traumę. Zasznurował w ciele trupa. Nawet, jeśli jego serce przez chwilę jeszcze ma bić.