50 twarzy Grey’a. Zwiastun już jest, premiera w Walentynki 2015

Na zdj. fragment plakatu do filmu „Pięćdziesiąt twarzy Grey’a”, reż. Sam Taylor-Johnson

– Ma pan jakieś zainteresowania poza pracą?
– A pani? Chcę się więcej dowiedzieć o pani.
– Właściwie niewiele można o mnie powiedzieć. Niech pan na mnie spojrzy.
– Patrzę.

Bardzo, bardzo chciałam przeczytać „Pięćdziesiąt twarzy Grey’a”. Bynajmniej nie dla przyspieszenia bicia serca czy kilku głębszych oddechów, bo od tego mam randki albo filmy porno. Wychodzę jednak z założenia, że jeżeli mówi o czymś cały cywilizowany świat (a przynajmniej jego spora część), to rzecz jest warta uwagi. I wiem, że podpadnę teraz wielu z Was, ale jak Was kocham, tak przebrnąć przez to nie mogłam.

50 twarzy Grey’aWytrzymałam do setnej strony. Tak nudnej i źle napisanej książki nie czytałam już dawno. Tak dobrze sprzedającej się sztampy też dawno zresztą nie widziałam. Dialogi drętwe, postaci jak z kołka ciosane, ona mdła i nijaka, on inteligentny i władczy. Ja wiem, że ten układ sprawdza się od pokoleń, ale czy literatura musi w kółko go mielić?

I naprawdę, jeśli ta książka przynieść miała jakąkolwiek rewolucję, to prosiłabym o wypunktowanie, jaką. Bo co, bo ktoś pisał o seksie? A Bukowski, a Miller, a choćby i de Sade? Dziewczyny, jak chcecie poczytać o seksie, to walcie do tych panów jak w dym. Jeśli po Grey’u miałyście wypieki na twarzy, to po lekturze tamtych spłoniecie jak Rozalka w piecu.

Niezależnie jednak od moich zboczeń i upodobań, ta pani zrobiła furorę. Od czasów J.K. Rowling nikt chyba tyle na pisaniu nie zarobił, więc za to choćby oklaski. Nic w tym zatem dziwnego, że teraz będzie na podstawie książki film. Sukces murowany – przynajmniej ten finansowy.

Przyznaję bez bicia – do pomysłu podchodziłam sceptycznie. A jak już przeczytałam, że w rolach głównych widziano m.in. Kristen Stewart i Roberta Pattinsona, fundując nam kolejny, uboższy o wampiryczny wątek „Zmierzch”, to serio, zrobiło mi się żal, jak po zjedzeniu żelków o smaku coli. Zabawne były za to pogłoski, jakoby Grey’a miał zagrać James Deen. Chłopak i tak przecież raczej nie stygnie. If you know what I mean.

50 twarzy Grey’aOstatecznie na ekranie pojawią się Dakota Johnson i Jamie Dornan i nie smućcie się, jeśli nie wiecie, kto to. Ja też do dziś nie wiedziałam. Ale niech im tam będzie, niech się twórcy tłumaczą, że stawiali na świeżą krew i nie chcieli polecieć obsadą z celebrytów. Ja tam raczej uważam, że nikt z szanujących się aktorów pokroju Emmy Watson czy Ryana Goslinga (tak, oni też podobno byli brani pod uwagę) nie chwyciłby takiej roli. Za żadne skarby świata ani pisk nastolatek.

Jakkolwiek, zwiastun już jest. I powiem Wam, że ja tam nawet go łykam. Może w kontekście powieści nie brzmi to jakoś fortunnie, ale skłamałabym mówiąc, że nie zrobił na mnie żadnego wrażenia. Przy całej swojej niechęci, sceptycyzmie i bólu głowy, od pierwszych sekund siedziałam z przyklejonym głupio na pół twarzy uśmiechem. I tylko czułam, jak marszczy mi się czoło i unosi brew. A może to dlatego, że lecę na helikoptery i mężczyzn, poprawiających spinki przy mankietach.

Sama jestem sobą zdziwiona, ale serio – zwiastunem nie gardzę. To może być jeden z tych nielicznych przypadków, kiedy książka będzie gorsza od filmu. Zresztą, przy takiej powieści, reżyser nie miał trudnego zadania. Historia jest do przełknięcia, to E.L. James nie umiała jej lepiej napisać.

I jeszcze ta nowa wersja „Crazy in love” w wykonaniu Beyoncé – no po prostu obłędna. Aż żal, że z premierą celują dopiero na Walentynki. Choć jest przy tym nadzieja, że po seansie niejedna para będzie mieć lepszy seks.

A zwiastun macie tu: