Bruno Schulz: ten smutny pan z Drohobycza

Bruno Schulz „Autoportet”, źrodło: Culture.pl

Bo czyż pod stołem, który nas dzieli, nie trzymamy się wszyscy tajnie za ręce?

Bruno Schulz, „Sanatorium pod klepsydrą”

122 lata temu urodził się Bruno Schulz. Polska Wikipedia pisze o nim: polski prozaik żydowskiego pochodzenia, grafik, malarz, rysownik i krytyk literacki. Ludzie, jeśli pamiętają, to jedno: to ten, zastrzelony w getcie. Albo: to ten z Drohobycza.

A tymczasem to jedna z tych postaci, za którymi momentami naprawdę się tęskni. Obdarzona niespotykaną dziś wrażliwością. Delikatna, ulotna. Aż nieprzystojnie, jak na mężczyznę. Zresztą, Schulz, jako syn kupca bławatnego i córki handlarza drewnem, powinien był stąpać twardo po ziemi. Tymczasem jego słabość i słabowitość widoczne były na każdym niemal kroku. Najlepszy w szkole, aplikował na architekturę. Po roku musiał odejść, bo zachorował na serce i płuca.

Drohobycz nie był jego szczęśliwą ojczyzną. To tam w 1911 r. miały miejsce tzw. krwawe wybory. Ich sfałszowane wyniki sprawiły, że ludzie wyszli na ulice miasta. Wojsko otworzyło ogień, a Schulz przyglądał się temu z okien.

Później też nie było mu łatwiej – przez chorobę ojca sklep został zamknięty. Pieniądze topniały. Rodzina przeniosła się więc do siostry, wsparcia udzielał też brat. Schulz znów zaczął studia. Znów też je przerwał, tym razem ze względu na wojnę. Wyjechał do Wiednia, bywał na tamtejszych uczelniach. Ponownie żadnej nie skończył.

Zaraz po powrocie do Drohobycza zmarł bliski mu ojciec. Schulz sam próbował zatem zarabiać, malując na zamówienie portrety. Później zaczął uczyć w szkole rysunku, z doskoku również matematyki. Drobny i chorowity, nie miał posłuchu wśród uczniów. Przez brak dyplomu, wciąż zagrożony był wizją zwolnienia. Pracy nie lubił, coraz mocniej wkraczał w środowisko inteligencji. Poznał Witkacego, Nałkowską i Gombrowicza. Z Nałkowską zresztą miał romans.

Po śmierci matki i brata stał się jedynym żywicielem rodziny. Podróżował, pokazywał swoje prace. Jego opowiadania były drukowane, jego prace – wystawiane. A on dzielił życie na chorowanie i twórczość.

Zaręczył się z Józefiną Szelińską, to dla niej wypisał się z gminy żydowskiej. Do ślubu potrzebne było jednak zameldowanie, którego Schulz nie miał. Po roku narzeczeństwo zerwano, a on sam miał się nigdy formalnie nie związać.

A później przyszła wojna. Schulz stracił pracę, przydzielony został do porządkowania zbiorów książkowych. Później dostał się pod opiekę Feliksa Landaua – gestapowca, który urozmaicał sobie czas strzelaniem do ludzi z balkonu. Schulz postanowił uciekać w nocy, z 19 na 20 listopada 1942. Ale około południa rozpętał się tzw. „czarny czwartek”. Niemcy mordowali Żydów na ulicy w ramach odwetu za śmierć jednego z kolegów. Schulz miał iść wtedy po chleb na drogę. Zastrzelono go sto metrów od domu.

Inna wersja mówi, że wcale nie zginął przypadkiem. Że była to zemsta niemieckiego oficera, któremu Landau zabił wcześniej dentystę. W każdym razie, Schulz zginął na miejscu, a jego ciało dzień cały leżało na ulicy, bo nie pozwolono go od razu pochować. Nie wiadomo, gdzie spoczął. Jest kilku świadków, każdy ma inną wersję.

To było smutne życie i smutna literatura. Widocznie takie też są światu potrzebne.