„Zimna wojna”: Złamane serce i ogromne rozczarowanie

Może też macie w głowie taki obrazek z dzieciństwa: macie zaledwie kilka lat, w domu nad każdymi drzwiami wisi krzyż, przed snem odmawia się paciorek, a Wy wiecie, że czuwa nad Wami Bozia. I w końcu przychodzi ten dzień, że macie wybrać się z rodziną do kościoła – może jest jakaś msza ważniejsza niż zwykle, może nie od razu przyjazd papieża, ale chociaż jakiegoś proboszcza. Szykuje się więc Was tygodniami, a Wy aż przebieracie nogami z tej ekscytacji, podniecenia i czekającej na Was magii.

I w końcu przychodzi ten dzień: ważny, najważniejszy, kiedy już idziecie pod ten kościół, z szybciej bijącym sercem, rozemocjonowani i wystrojeni. Wchodzicie, patrzycie, mija minuta, dwie, dziesięć, a Was coś łapie za gardło i już do końca nie puszcza. I nie, to nie jest ten wyczekiwany zachwyt, ta magia, to spełnienie obietnicy. To wyżerające Wam trzewia rozczarowanie i pustka.

zimna wojnazimna wojna

ZIMNA WOJNA, NIEROZGRZANA JA

Żeby nie było – znam te wszystkie ochy i achy, znam relacje z Cannes i z miejsca mogłabym wymieniać nazwiska wielkich tego (także celebryckiego) świata, których „Zimna wojna” tam zachwyciła. Którzy oklaskiwali Pawlikowskiego, Kota, Kulig, Kuleszę i Szyca, którzy piali nad nieszczęśliwą miłością, jeszcze bardziej nieszczęśliwą Polską i cudownym, czarno-białym obrazem. I to do nich, nie do Pawlikowskiego mam dzisiaj największe pretensje. On zrobił film, jaki chciał, ale to oni dali mu tę absurdalnie wysoką ocenę. Bo o ile wielbiłam jego wcześniejszą „Idę” i uważałam ją za film tak poetycko, jak i estetycznie doskonały, tak ten przynosi ogromne rozczarowanie. A już największym nieporozumieniem jest dopatrywanie się w nim nowej „Casablanki”. Z całym szacunkiem dla dorobku Disneya – to jak porównywanie psa Pluto z rodowodowym chartem. 

Powtórzę dziś to, co powiedziałam Wam wtedy, zaraz po wyjściu z kina: nigdy, ale to nigdy żaden film tak nie złamał mi serca. Owszem, zdarza mi się płakać na filmach, ale jest to płacz sytuacyjny, chwilowy, wywołany konkretną sceną, nigdy płacz ogólny, globalny. Raz, jeden, pamiętam, że podczas seansu bolało mnie całe ciało – oglądałam wtedy „Whiplash” i ból był tak prawdziwy, a emocje tak silne, że ten film – wtedy, w tamtym miejscu – wydał mi się po prostu doskonały. Teraz, kiedy obejrzałam „Zimną wojnę”, wiem już, że film może też boleć inaczej. Nie tym, co z nami robi, ale tym, że nie robi nic.

zimna wojnazimna wojnazimna wojnazimna wojna

O CO CHODZI?

Zacznijmy od podstaw, czyli od fabuły. Pomysł? Świetny. Oto mamy rok 1949, Polskę szarą, biedną i sponiewieraną, a na pierwszym planie – ich. Irenę i Wiktora, którzy jeżdżą od wsi do wsi, żeby zrekrutować członków nowo powstającego zespołu pieśni i tańca Mazurek, który nie bez powodu kojarzy nam się z osławionym Mazowszem. Cel: ocalić od zapomnienia, a przy okazji rozsławić wspaniałą tradycję ludową, która niejedno miałaby światu do zaprezentowania. Duet to zresztą wspaniały: ją gra Agata Kulesza, która nie miewa po prostu gorszych ról, jego Tomasz Kot, który pokazał już klasę chociażby rolą w „Bogach” Palkowskiego.

Jest z nimi i ten trzeci, prawdziwa perełka całej „Zimnej wojny”, a mianowicie – grający członka Partii Borys Szyc. Ja wiem, że Szyc kojarzy się ze średnim raczej kinem, ale uwielbiam go chyba od pierwszego wejrzenia i szczerze wierzę, że tak dobrych filmów będzie od teraz grał już tylko więcej. Tutaj, jako Lech Kaczmarek, jest po prostu wybitny. I gdybym miała powiedzieć, która dwójka aktorów ratowała dla mnie ten film, to na pewno nie byłby to Wiktor i rozkochana w nim Zula. Przeciwnie, to aktorzy drugoplanowi są tutaj o wiele lepiej zarysowani, o wiele bardziej wyraziści. Dlatego szkoda, że Szyc ma tak okrojoną rolę, a Kulesza w drugiej części filmu nie pojawia się już praktycznie wcale.

No i właśnie – Zula. Nie wiem, czy jakakolwiek inna polska aktorka doczekała się kiedyś tylu pochwał, co Joanna Kulig w Cannes. Wiem natomiast, że fenomenu w ogóle nie pojmuję, a jej samej w roli charakternej Zuli – niestety nie kupuję. I to nie chodzi o to, że sama postać została źle zarysowana. Pomysł był doskonały: oto dziewczyna znikąd, do tego kłamczucha, która próbowała zabić własnego ojca, pojawia się na scenie i swoim śpiewem kradnie niejedno męskie serce. Typ to przy okazji najlepszy, bo zadziory i cwaniary, która niby czuje się gorsza i Wiktora niegodna, a jednak bierze z życia, co się da i o wiele częściej, niż nierozgarnięta wieśniaczka, wychodzi z niech wyrachowana femme fatale. I może sama w sobie Kulig nie byłaby zła. Ale w połączeniu z Kotem jest dokładnie żadna.

zimna wojnazimna wojnazimna wojnazimna wojna

CHEMIA MIĘDZY BOHATERAMI

Nie wiem, jak to się mogło nie udać, ale „Zimna wojna” to jedna z najgorzej opowiedzianych historii miłosnych, jakie widziałam. Można się zachwycać dźwiękiem, obrazami, zegarmistrzowską wręcz precyzją, z jaką konstruuje się tutaj poszczególne kadry, ale wierzyć w tę miłość to jak wierzyć dzisiaj w yeti czy lewoskrętną witaminę C. Oczywiście, kontekst kochankowie mieli wspaniale zarysowany – niesprzyjające okoliczności, konieczność ukrywania się, nagabujący Zulę Kaczmarek i przeczuwająca problemy Kulesza zrobili im doskonały podkład do tego, żeby z ekranu aż iskry szły. Niestety, więcej wiarygodnej miłości można znaleźć na stronie RedTube’a, a chemii znajdziemy więcej w zupkach chińskich, niż między tutejszymi bohaterami. 

Wiem, że Kot to dobry aktor. Wierzę, że Kulig też. Ale ten duet jest po prostu fatalny. Nie wierzę w ich miłość, za słabo wytłumaczone też zostały ich motywacje. Pawlikowski wielu rzeczy każe się widzowi domyślać, ale czasami wiele to jednak zbyt wiele. Ja rozumiem skróty w myśleniu i luki w fabule. Rozumiem cięcie historii i przeskakiwanie między latami, miejscami, okolicznościami. Ale dobrze, kiedy to wszystko chociaż trochę trzyma się kupy. Inaczej zostaje bowiem po prostu… no właśnie, kupa.

Oczywiście, że miłość bywa ślepa, że kochankami targają emocje, że podejmują decyzje pochopne, żeby nie powiedzieć – głupie. Ale to, jak temat traktuje „Zimna wojna” i co robią Wiktor i Zula, bywa momentami kretyńskie. Tego się po prostu nie da kupić, w to się nie chce uwierzyć. Gdyby porozrywać ten film na strzępki i serwować je pojedynczo, to może. Ale to wszystko, podane naraz, jest nie do strawienia. Ta Zula, która wiecznie nie wie, czego chce, a co wybierze, to zawsze źle i ten Wiktor, wiecznie smutny i wzbudzający litość, jak mały kotek, znaleziony na deszczu w podziurawionym kartonie. Ja wiem, że miało być wstrząsająco, dramatycznie, że ta miłość miała być na wskroś tragiczna. Ale zabrakło podstaw, tej chemii, tej motywacji – czegokolwiek, co sprawiłoby, że wyda się choć ciut autentyczna.

zimna wojnazimna wojnazimna wojnazimna wojna

ZAKOŃCZENIE TAK GŁUPIE, ŻE AŻ NIE CHCE SIĘ WIERZYĆ

I ostatnia rzecz, która mogła ten film uratować, to finał. I wierzcie mi, że patrzyłam na ekran z rozdziawionymi szeroko ustami, bo sekunda po sekundzie nie mogłam pojąć, że to się dzieje naprawdę. Serio. Nie dało się zrobić tego gorzej, w sposób jeszcze bardziej groteskowy i egzaltowany. Ja wiem, że miało być tragicznie i wiem, że miało grać na emocjach. Ale nawet dzisiaj, po kilku tygodniach od seansu, nie potrafię skwitować tego finału poprzez inne słowo, niż po prostu głupota.

Żeby nie było – Pawlikowski potrafi robić filmy wybitne. Te obrazy, ta muzyka, ta precyzja – to wszystko są rzeczy, których nikt nigdy mu nie odbierze. I oczywiście, że ten film na wielu polach był doskonały. Był też – podobnie jak „Ida” – wizualnie piękny. Ale fabularnie był niewiarygodny, przydługi, nudny. To, co było siłą „Idy”, okazało się słabością „Zimnej wojny”. Nie rozumiem, dlaczego akurat ten film wzbudził więc takie zachwyty. Obstawiałabym efekt domina (zachwycili się w Cannes, to my także się zachwycimy) oraz aktualną sytuację polityczną Polski. Osadzenie filmu w takich realiach, w takim właśnie kontekście, musi przywoływać pewne skojarzenia. I przywołuje. I to, że zagranicą jako kraj zamiast podziwu wzbudzamy szczerą litość, jest zwyczajnie smutne.

Podsumowując: „Zimna wojna” to nie jest film wybitny. To film, ocierający się momentami o łzawy melodramat. Egzaltowany, mało wiarygodny, momentami wręcz nieinteresujący. A wszystko to przypieczętowuje fatalne zakończenie, które – może gdyby pozostawało otwarte – dawałoby jeszcze jakąś nadzieję. Tymczasem Pawlikowski je zamknął – boleśnie i bezpowrotnie, tak jak zamyka się wieko do trumny. I to właściwe porównanie, bo sama noszę po tym filmie żałobę.


Zobacz zwiastun filmu:

Zdjęcia: kadry z filmu „Zimna wojna”, materiały prasowe

64
Dodaj komentarz

avatar
49 Comment authors
EdsMonikaRenataKasiaPiotr Recent comment authors
  Subscribe  
Powiadom o
ada
Gość
ada

Ja nie byłam rozczarowana, ale to tylko dlatego, że podeszłam do tych wszystkich ochów i achów sceptycznie. Może dlatego, że jestem raczej umiarkowaną fanką „Idy”. Ale zachwytów kompletnie nie rozumiem i zgadzam się praktycznie z każdym twoim słowem (chociaż ja raczej team Kulig, ostatecznie mimo głupot miała lepiej napisaną postać i większe pole do gry, Kot miał tylko ładnie cierpieć w Paryżu). Dodam tu jeszcze, że to byłby świetny film, gdyby opowiadał o zespole Mazurek (z Szycem i Kuleszą na pierwszym planie), a nie o jakiejś tam pitu pitu miłości.

Iwona
Gość
Iwona

Jeśli pozwolisz ,to i ja się pod tym podpiszę .

Iza
Gość
Iza

Zanim zdążyłam obejrzeć film, dotarły do mnie wszelkie zachwyty nad „Zimną wojną” i tak, jak to napisałaś, byłam wręcz nafaszerowana tym, że ten film jest po prostu przegenialny (można by użyć nieskończonej liczby przymiotników hiperbolizujących ten cały zachwyt). Czytałam, że w tylu osobach wzbudził on tak sporą ilość emocji, a co ze mną? We mnie nie wzbudził nic z tych rzeczy. Chyba nigdy nie wyszłam tak rozczarowana z żadnego seansu. Zawiodłam się i nie miałam żadnych słów do dodania. W mojej głowie pojawiła się zupełna pustka i naprawdę jeszcze raz napiszę, że po prostu się zawiodłam i rozczarowałam.

Renata
Gość
Renata

Niestety, w pełni się zgadzam z Twoją opinią. Piszę niestety, ponieważ miałam nadzieję obejrzeć dobry film. Szkoda, film nie wzbudził we mnie praktycznie żadnych emocji…oprócz ogromnego rozczarowania.

Ewa
Gość
Ewa

Tak bardzo nie zgadzam się z Twoją recenzją…wiem że filmy można odbierać wielorako, ale Twoje „instatory” na którym odradzasz żeby w ogóle iść i zobaczyć ten film….serio? Ja byłam dwa razy i byłam równie mocno zachwycona…dlaczego miałabym Ciebie posłuchać i nie dać sobie szansy zobaczenia tego filmu? Czym innym jest napisanie OBIEKTYWNEJ recenzji, a czym innym odradzanie tego DZIEŁA (tak, dzieła, nie boję się użyć tego słowa).