Pod żadnym pozorem nie wciskaj guziczka, czyli Strażnicy Galaktyki 2

Bez owijania w bawełnę: ten film wygrywa mały Groot. Idę o zakład, że nawet w kamieniu obudziłby instynkt macierzyński i byłby najszybciej zaadoptowanym dzieckiem, jakie kiedykolwiek trafiło do okna życia. Zresztą, jak na postać z bardzo skromnym zasobem słów, ograniczającym się właściwie do uroczego „I am Groot”, to zadziwiająco dużo ma w tym filmie do powiedzenia. Dość wspomnieć, że przychodzi taki moment, że ma uratować… świat.

I teraz – uwaga, spoiler – wyobraźcie sobie tę scenę. Jest sobie dziura i trzeba przez tę dziurę przejść, żeby w pewnym miejscu umieścić, a następnie zdetonować bombę. Problem w tym, że dziura jest bardzo mała i żaden z dorosłych bohaterów się przez nią nie przeciśnie. I tam właśnie posłany zostaje Groot. Wydawać by się mogło, że stoi przed nim proste zadanie – jedno pudło, dwa przyciski. Ale… Groot jest rozgarnięty na poziomie muszki owocówki i zachodzi wielkie prawdopodobieństwo, że za pomocą magicznego, czerwonego przycisku, i jego, i wszystkich jego kompanów, zwyczajnie trafi szlag.

Co w tej sytuacji robi instruujący go Rocket? Postanawia zakleić guzik zagłady… taśmą klejącą. I teraz wyobraźcie to sobie: na ekranie rozgrywa się scena walki, decydująca może być dosłownie każda sekunda, a bohaterowie wrzeszczą do siebie, pytając o taśmę klejącą. I nie, to nie jest tak, że ja sobie w tym momencie z Was jaja robię. Po prostu to z widzów robi sobie jaja cały ten film. I to jest w nim naprawdę, szczerze piękne.

Strażnicy Galaktyki 2

Baby Groot

Strażnicy Galaktyki 2

Fabuła? Na co komu fabuła?

Główne pretensje, jakie wszyscy dokoła zdają się mieć względem tego filmu, dotyczą jego fabuły. Czy raczej: braku fabuły. Nie ma się zresztą co czarować, prawda jest taka, że „Strażnicy Galaktyki 2” to film totalnie o niczym. Coś tam się niby dzieje, jakiś tam motyw przewodni jest, ale średnio trzyma się to kupy i… mało kogo interesuje. Bo naprawdę mało ważne jest, co się dzieje z bohaterami. W tym filmie najważniejsi są bowiem… sami bohaterowie.

Tak patchworkowej rodziny trudno szukać w całym, wielkim, filmowym świecie. Poza uroczym, acz mało kumatym drzewkiem mamy tu bowiem gadającego szopa, nieczającego ironii wielkoluda, zieloną morderczynię i jedynego białego w całym stadzie, czyli Star Lorda. Poza nimi na ekranie pojawiają się też między innymi wredna, ozłocona kapłanka, niebieska mścicielka, zdrajca z wystrzałowym irokezem, demaskująca emocje kobieta z czułkami i… David Hasselhoff, choć to już zupełnie inna historia. Czy to się mogło nie udać? Oczywiście, że nie. Tym bardziej, że udało się już za pierwszym razem.

„Strażnicy Galaktyki” w swojej drugiej części mocno przypominają bowiem część pierwszą – to, co sprawdziło się tam, przeniesiono też tutaj, dorzucając jednak całą masę rozbrajająco śmiesznych dialogów. Poza tym twórcy ponownie uraczyli nas tutaj genialną oprawą wizualną, charyzmatycznymi, choć pokręconymi bohaterami oraz genialną ścieżką dźwiękową, skomponowaną naprzemiennie zarówno z nostalgicznych, jak i obciachowych kawałków z lat osiemdziesiątych. Wszystko to wrzucono do jednego wora, ponownie mocno nim wstrząśnięto i zaserwowano nam taką porcję rozrywki, że lepszej próżno szukać aktualnie w kinach.

Strażnicy Galaktyki recenzja

Strażnicy Galaktyki 2

Strażnicy Galaktyki 2

Ale o co chodzi?

Gdyby ktoś mocno chciał jednak dowiedzieć się, o czym ten film jest, to – poza robieniem sobie jaj ze wszystkich i ze wszystkiego – jest też o rodzinie, misjach i życiu. Ale po kolei. Otóż poprzedni „Strażnicy Galaktyki” kończyli się tak, że ze zlepki odmieńców zawiązała się brawurowa drużyna – taka, co to miała przemieszczać się z planety na planetę i tam czy to ratować czyjeś życie, czy to wykonywać czysto zarobkowe misje. Część druga od takiej misji się właśnie zaczyna – oto na ekranie zjawia się ogromny, obrzydliwy stwór, którego nasza ekipa musi natychmiast pokonać. I kiedy ich życie po raz pierwszy w tej części zawiśnie na włosku, swój popisowy numer odstrzeli Baby Groot. To znaczy… Zacznie sobie tańczyć.

Oczywiście, stwora migiem się uda pokonać, ale nie na tym skończy się ten film. Rocket dość mocno wkurzy bowiem ich głównego zleceniodawcę, kradnąc mu cenne, słoneczne ogniwa. I tak poznamy Ayeshę – dumną i wyniosłą kapłankę, która – zagrana przez Elizabeth Debicki – jest w swojej roli absolutnie genialna. Dość wspomnieć, że przez pół filmu naszych bohaterów ścigać będzie dowodzona przez nią flota absolutnie świetnych, bo zdalnie sterowanych statków.

Tutaj od razu Wam zdradzę, że ten film ma dwie naprawdę wyborne sceny walki – pierwsza to właśnie ta, żywcem wyjęta z salonu gier, kiedy okazuje się, że ścigające bohaterów statki nie mają swoich pilotów. Zamiast ryzykować życiem, siedzą sobie oni w swojej siedzibie i sterują nimi dokładnie tak, jakby właśnie grali na automatach. Naprawdę, cudnie pomyślana rzecz! Druga scena z kolei należy do Yondu, który za pomocą jednej strzały wybija cały statek zdrajców. Bez rozlewu krwi, bez oznaki zmęczenia, bez kropelki potu. I to także coś, co totalnie wyróżnia ten film.

Strażnicy Galaktyki 2

Strażnicy Galaktyki 2

Strażnicy Galaktyki 2

Halo, tato?

Ucieczka przed wściekłą, posągową damą to jednak zaledwie połowa tutejszej akcji. Drugą rozpoczyna się pojawienie niejakiego Ego, który wyjawia Quillowi, że jest jego… tatą. I od razu zabiera go na swoją planetę, opowiadając mocno wzruszającą historię. Nie trzeba być jednak Sherlockiem, żeby wiedzieć, że coś tu jest nie tak. Natomiast fajne jest to, że tak wielowarstwowo potraktowana została tutaj rodzina i tak poplątane są ich wszystkich losy. Przecież rodziną – choć mocno dysfunkcyjną – są tutaj sami strażnicy. Rodzinę w postaci swoich kamratów stracił przez zdradę Yondu, rodziny po śmierci matki zdawał się nie mieć też Quill. No i do tego mamy dwie urocze siostry, które najchętniej by się nawzajem pozabijały, ale problem w tym, że jedna drugą kocha. A całości dopełnia już Drax, który wciąż tęskni do swoich utraconych bliskich.

Momentami jest więc smutno, momentami wesoło – czasem aż za bardzo. Bo naprawdę prześmieszny jest ten film – nie, żebym była specjalną fanką tego typu kina, ale „Strażnicy Galaktyki” to w swojej kategorii naprawdę istny majstersztyk. Nie wiem, kiedy ostatnio bawiłam się na czymś tak dobrze, ani kiedy ostatnio coś rozzłościło mnie tak, jak scena znęcania się nad maleńkim drzewkiem. No ale nie rońcie łez, bo Baby Groot zdoła się tu jeszcze odegrać. Swoją drogą, ciekawa jestem, ile razy Vin Diesel musiał nagrywać zbitkę „I am Groot”.

O aktorach też mogę powiedzieć w zasadzie tyle, że ktoś tutaj odwalił naprawdę dobry casting. Chriss Pratt to Star Lord jak się patrzy, trochę narcystyczny, trochę chamski, a trochę zagubiony. Zoe Saldana jako Gamora jest ponownie świetna, a i walcząca z nią Nebula w postaci Karen Gillan to postać nader ciekawa. Ach, no i jest jeszcze przecież Kurt Russel w roli podejrzanego Ego i wisienka na torcie, jaką jest… Sylvester Stallone. Wszyscy oni genialnie tworzą nam tutaj ten film.

Jeżeli więc dalej zastanawiacie się, czy iść na ten film, to teraz możecie przestać. Polecam go Wam z czystym sumieniem, bo drugiej tak szalonej, absurdalnej, pysznej wizualnie i okraszonej dobrą muzyką i pierwszorzędnym humorem produkcji prędko w polskich kinach raczej nie będzie.

A dla niewtajemniczonych – zwiastuny:

Instagram