Dlaczego „Stranger Things” to dobry horror dla kobiet? Tłumaczy… Paweł!

Uwaga, uwaga, dziś jest ten wielki dzień w historii bloga, kiedy głos od początku do końca tekstu zabiera mój Paweł. Zostawiam go więc z Wami i liczę, że przyjmiecie go ciepło! A sama szykuję dla Was całkiem sporo nowości! ;) 


Rok temu Netflix udostępnił „Stranger Things” – serial, którego pozytywne rekomendacje bardzo szybko opanowały mojego Facebooka. Taki trochę thriller, trochę horror. Zajęło mi chwilę, zanim przekonałem Asię, że też powinna zainteresować się tą produkcją. Dziś spróbuję przekonać i Was. Dlaczego? Ponieważ 27 października Netflix udostępni drugi sezon tego serialu.

Sam wychowywałem się w domu, w którym w TV były 2 kanały telewizji publicznej. Z czasem dołączył do nich Polsat. Rodzice nie zdecydowali się zainwestować w satelitę, a kablówka pojawiła się dość późno. Chcąc nie chcąc, z seriali znałem głównie polskie produkcje (moje ulubione „Matki, żony i kochanki”) oraz klasyki gatunku typu „MacGyver”. Teraz mam praktycznie nieograniczony dostęp do nowych produkcji, ale nie mam czasu na ich konsumowanie – paradoks dorosłości. Nie mogę powiedzieć, że jestem znawcą tematu, ale czuję się lepiej, jeśli dzięki mojej rekomendacji ktoś poświęci godzinę na odcinek dobrego serialu zamiast patrzeć tępo w „Trudne Sprawy”. Dlaczego więc warto zawiesić oko na „Stranger Things”?


80’s

Statystyki pokazują, że wiele osób tutaj ma ok. 30 lat. Bracia Duffer, stojący za scenariuszem, urodzili się w 1984 roku i na ekran przenieśli klimat czasów, w których się wychowali. Myślę, że bez problemu znajdziecie tutaj wiele odniesień do elementów popkultury, żywych w tamtych czasach. Nawiązania do „Gwiezdnych Wojen”, stare identyfikacje graficzne Coca-Coli czy zabawki He-Mana na półkach.

Plus to, czego już nie odzyskamy – życie bez technologii. Walkie-talkie zamiast smartfonów, rowery zamiast quadów, umawianie się o konkretnej godzinie zamiast dogadywania przez SMS. Wszystko to buduje bardzo fajny, nostalgiczny klimat pierwszych szkolnych przyjaźni, życia na podwórku i grupowego planowania podboju świata. I planszówki, wtedy dzieci grały w planszówki.

PS. Wiecie, że jest już „Stranger Things – The Game”?


Obsada

Od zawsze tak mam, że aktora przypisuję do jednej roli. Potem mam problem, bo taki Sean Bean grający Boromira we „Władcy Pierścieni” staje się Nedem Starkiem w „Grze o Tron” i wszystko zaczyna rzęzić. No ale to już mój problem.

Tutaj go nie miałem. Główne role odgrywa czwórka niedoświadczonych zawodowo dzieci. To ciekawe posunięcie ze strony Netflixa, aby do takiej produkcji brać typowych żółtodziobów, do tego w wieku 13 lat. Niemniej, cała paczka spisuje się idealnie. Gra naturalnie, wciela się w swoje postacie, z których każda ma swój unikalny charakter. Na ekranie mamy więc ciekawy misz-masz bohaterów, którzy muszą sobie radzić w niecodziennej sytuacji. Stawiają czoła siłom nadprzyrodzonym, organizacjom rządowym i rodzinie, która ich nie słucha.

Brzmi sztampowo, ale rozegrane jest po mistrzowsku. Są więc elementy zabawne, kiedy na planie potrzebujemy sepleniącego, rozczochranego grubaska. Są też takie, w których dzieci przybierają kamienne twarze, aby porozmawiać na tematy mogące przerosnąć nieraz i dorosłych.

Stranger Things


Gra kamerą

Są takie produkcje, które się zapamiętuje, bo są kręcone inaczej. Jeśli lubujecie się w produkcjach Tarantino, to wiecie, o czym mówię. Jego kadry daje się poznać bez napisów początkowych. Tutaj nie ma Tarantino, ale jest coś równie ciekawego: gra kamery i gra świateł.

W całej produkcji dominują dwa kolory – żółty i niebieski. To one, w połączeniu z muzyką tworzą nastrój, zmieniają natężenie akcji i klimat. Zacząłem na to zwracać uwagę dopiero w połowie sezonu. Przy drugim podejściu, podczas oglądania z Asią zauważyłem, jak konsekwentnie jest to realizowane. Nie chcę rozpisywać się tutaj wchodząc w detale, dlatego odsyłam was do kanału „Na Gałęzi”, gdzie jest to bardzo fajnie wyjaśnione:

Serio, niektóre kadry zapamiętacie na długo, a sama konstrukcja scen zaskoczy Was tym, jak sprawnie potrafi przenieść widza w zupełnie inny nastrój czy klimat.


Muzyka

I tu znowu Tarantino. Soundtracków z jego filmów mogę słuchać zawsze. Z serialami mam tak, że tylko dwie ścieżki dźwiękowe zapadły mi w pamięć. Genialna „The Knick” oraz „Stranger Things” właśnie.

Dlaczego? Ścieżka dźwiękowa jest bardzo klimatyczna, często ciężka. Zawsze komponuje się z grą kamery i światła przenosząc widza w nastrój, którego chce reżyser. Bardzo trudno jest to opisać, polecam posłuchać całej playlisty. Zacznijcie od tytułowego kawałka, który będzie Wam często towarzyszył: 

Ach, wracając jeszcze do klimatu – oryginalny soundtrack bardzo dobrze dopełniają kawałki z lat 80. z „Should I Stay or Should I Go”, który staje się swego rodzaju tematem przewodnim serialu.


Fabuła

Czytając zajawkę „Stranger Things” pomyślałem, że tak nudnej i oczywistej fabuły nie da się nakręcić ciekawie. Bo ile było już prób podejścia do tematu zaginionego dziecka, małego miasteczka, laboratoriów naukowych w jego otoczeniu i matki, która odchodzi od zmysłów, aby rozwiązać zagadkę zaginięcia. Tak, sztampowa matka, którą każdy uważa za wariatkę. Jest też lokalny szeryf – ostoja nadziei, wyrodny ojciec i cała kanonada ogranych do bólu kreacji. Takim opisem sam siebie bym nie przekonał. Dlatego musicie mi zaufać.

Fabuła, postacie i sam nastrój są tak poprowadzone, że nie da się usiąść i powiedzieć „ale ja już to widziałem”. Wsiąkasz w wątek główny, aby po chwili odsunąć go na bok i zająć się historiami postaci drugoplanowych. Zaprzyjaźnisz się bohaterami, nawet tymi negatywnymi. Żyjesz tymi przygodami, żeby co jakiś czas sobie przypomnieć, że… w sumie, to jest tu jakiś potwór.

Stranger Things


Horror dla kobiet

Dlatego właśnie uważam, że to idealne kino dla kobiet, nawet tych, które nie gustują w tego typu produkcjach. W sumie, ja też za nimi nie przepadam, więc może trochę podświadomie się z Wami utożsamiam.

Serial nie jest straszny, nie doprowadzi Was do palpitacji serca. Czasami trzyma w napięciu, ale to takie przyjemne napięcie. Wiecie, że to się musi dobrze skończyć, gdzieś tam podświadomie czujecie, że te dzieciaki znowu będą śmigać na swoich amerykańskich rowerach z długimi siodełkami. 

Przy tym wszystkim jest estetyczny i podany ze smakiem. Jeśli więc już go widzieliście, to super, a jeśli nie, to koniecznie nadrabiajcie. Bo 27 widzimy się przed  monitorami i razem sprawdzimy, jak w naszym świecie czuje się Demogorgon.


A na deser – zwiastun drugiego sezonu:

Instagram