Rodzina Addamsów: Zamiast ze strachu, umrzesz na niej z nudów

Gdybym miała zrobić ranking filmów nikomu niepotrzebnych, to najnowsza „Rodzina Addamsów”  jak nic zajęłaby miejsce na podium. Tak nijakiej produkcji nie widziałam bowiem od dawna, a chodzę do kina raczej regularnie. Co zatem poszło nie tak? Właściwie, to… wszystko. Ten film jest po prostu żaden. Nudny, nieciekawy, nieśmieszny i bez wyrazu. Żeby dobrze się na nim bawić, trzeba być albo zagorzałym fanem, albo okropnym desperatem. I już Wam tłumaczę, dlaczego.

Od razu uprzedzam też, że sama uwielbiam animacje. Zarówno te dla starszych, jak i nieco młodszych odbiorców. Wiele im wybaczam, na wiele jestem w stanie przymknąć oko. Naprawdę, wystarczy wykonać absolutne minimum: to jest tak poprowadzić swój film, żeby widz nie umierał na nim z nudów. Niestety, „Rodzina Addamsów” jest przerażająco męcząca pod absolutnie każdym względem, a przed zaśnięciem ratowało nas jedynie zajadanie się tłustym popcornem.


RODZINA ADDAMSÓW TYM RAZEM BEZ WYRAZU

Powiedzmy sobie szczerze: żeby kojarzyć, kim jest rodzina Addamsów, nie trzeba wielkiego wysiłku. Popkultura tak mocno ich już przemieliła, że chyba każdy kojarzy chudą panią domu z długimi do pasa włosami, dwójkę niesfornych dzieci, ich ojca z wąsikiem, włochatego kuzyna Cosia czy łysego wuja z worami pod oczami. Były już przecież cztery filmy o nich, były seriale. Gadżety, koszulki, no wszystko! I nawet, jak ktoś nie zna ich dokładnego rodowodu, to jakoś tam te postaci rozpozna. Niestety, najnowsza animacja zachowuje ich najbardziej charakterystyczne cechy zewnętrzne, i… to by było na tyle. Serio. Tak bezpłciowych, przezroczystych i miałkich postaci nie widziałam już dawno. O żadnej z nich nie można powiedzieć absolutnie niczego nowego. Żadna niczym się nie wyróżnia, żadna nie jest choć minimalnie charyzmatyczna. Ot – są, bo muszą.

I wcale nie chodzi tu o to, żeby dokładać im Bóg wie czego. Rodzina Addamsów jest akurat tak charakterystyczna, że jedyne, o co wypadało pod tym względem zadbać to to, co mają sobie nawzajem do powiedzenia. Tymczasem dialogi są drętwe i nieśmieszne, relacje spłycone do przewidywalnego minimum, a całość wypada równie blado, co twarz Morticii bez przypudrowania. Szkoda, bardzo szkoda, bo ten ich świat, tak odmienny od naszego, pokraczny i absurdalny, aż prosił się o lepszą realizację.


POMYSŁ NA FABUŁĘ BYŁ, ALE SIĘ ZMYŁ 

Dla niewtajemniczonych: cała historia zaczyna się w dniu ślubu Morticii i Gomeza. To wtedy rodzina Addamsów zostaje okrutnie przegoniona z miasteczka. Banda wieśniaków z widłami i pochodniami przepędza ich, gdzie pieprz rośnie, a zakochani zmuszeni zostają do znalezienia sobie nowego domu. Co udaje im się zresztą w… New Jersey. To tam potrącają swojego przyszłego kamerdynera i osiedlają się w zamkniętym zakładzie dla obłąkanych. Brzmi dobrze, prawda? No więc ekspresowo przechodzimy do czasów, kiedy mają już dzieci, a od pierwszych wydarzeń minęło dobrych 13 lat. Moment to dla nich z dwóch przynajmniej względów kluczowy. Oto Wednesday zaczyna nudzić życie w zamknięciu i chętnie wyszłaby poza bramy posesji. Z kolei Pugsley ma dowieść niedługo przed całą rodziną, że jest jej w ogóle wart. I to jeszcze nie byłoby takie złe. Ale…

Cały bunt Wednesday zostaje ograniczony do tego, że idzie do szkoły i wraca z niej a to ze spinką z jednorożcem, a to w różowym mundurku. Z kolei Pugsley ma odtańczyć przed rodziną jakiegoś absurdalnego szablo-mazurka, choć do końca nie wiemy, co to właściwie miałoby być. Pomysł lekko głupi, Pugsley sierotowaty, a cała akcja toczy się jakby na siłę. Nie pomaga ani koleżanka Wednesday, która też buntuje się przeciw własnej matce, ani nalot kolejnych krewnych. Jest jedna postać, która mogłaby to uratować, ale nawet to koło ratunkowe finalnie okazuje się betonowe.

rodzina addamsówrodzina addamsów


SMARTFONY W ROLI BRONI

Otóż rodzina Addamsów pewnie nadal wiodłaby sobie swój nieszczęśliwy i pokraczny żywot, gdyby nie to, że… ich dom było widać z miasteczka. Miasteczka – dodajmy – idealnego. Takiego, w którym wszyscy żyją sobie w zgodzie i miłości, kolory są wyłącznie pastelowe, a kwiaty sztuczne, bo sztuczne żyją wiecznie. Za jego aranżację odpowiada podła i sprytna Margaux Needler – prezenterka telewizyjna, która zrobi wszystko, byle sprzedać każdy dom z odmienionego przez siebie osiedla. A kiedy nie udaje jej się przekonać Addamsów do szybkiej metamorfozy, postanawia zbuntować wszystkich mieszkańców. Jak za starych, dobrych czasów, z tym jednak, że teraz pochodnie niosą oni… wyświetlone na ekranach swoich smartfonów.

Dziwne, nie? Niestety, wątek mediów społecznościowych wszedł tu twórcom za mocno, w wyniku czego niektóre sceny wypadają wręcz absurdalnie. Jak na przykład ta, kiedy mieszkańcy komunikują się na wspólnym czacie. Albo kiedy Parker żali się, że przez to, że matka zabrała jej telefon, nie może wrzucić zdjęcia obiadu. No błagam. Ja rozumiem, że „Rodzina Addamsów” miała zyskać nowe, współczesne oblicze. Że przeniesienie je do XXI wieku musiało wiązać się z wpleceniem tam takich właśnie realiów. Ale każda skrajność jest zła. A tu mam wrażenie, że social media urastają do rangi największego wroga, którego należy zdemaskować i łopatologicznie wręcz obśmiać.


MIAŁO WIAĆ GROZĄ, A POWIAŁO NUDĄ

Ci z Was, którzy zamierzają się na film wybrać, na tym etapie powinni przestać czytać. Natomiast aż żal tu nie wspomnieć o szalonej Margaux. Pomysł na nią był dobry, bo oto wytapirowana blondzia bezwzględnie dąży do sukcesu i jest tak bardzo zapatrzona w swój program, że nie zauważa, jak bardzo krzywdzi tym dorastającą córkę. Co więcej, mieszkańców swojego idealnie odpucowanego osiedla… zwyczajnie inwigiluje. Może dla zabawy, a może po to, żeby na każdego mieć haczyk. W każdym razie: potencjał był niezły. A jak się skończyło? Nie dość, że sprawa się rozmyła, a ona nadal sprzedaje ludziom domy, to jeszcze dołączył do niej zakochany w niej łysy Fester. Do tego najmocniej zafascynowany tym, że jej oddech cuchnie jak pielucha niemowlaka (nie, ja tego nie wymyślałam).

Oczywiście, animacja dla tej kategorii wiekowej musiała się dobrze skończyć. Ale ile morałów można zmieścić w jednej bajce? Przecież „Rodzina Addamsów” sama w sobie uczy nas poszanowania dla odmienności i tego, że choć się między sobą różnimy, to przecież możemy się jakoś dogadać. Tymczasem tutaj tłumaczy nam się jeszcze, że media społecznościowe są dużym zagrożeniem. Że młodzież nie odkleja nosów od smartfonów. I że wszyscy żyjemy jak w domu Wielkiego Brata, gdzie na porządku dziennym jest totalna inwigilacja. Sorry, ale nie. Pomysł – spoko. Realizacja – fatalna. Nie tak się robi fajne i mądre kino familijne.


„Rodzina Addamsów” – zwiastuny:


Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o