Podano do łóżka #58: Kraby, gwizdanie i zupa pomidorowa

W dzisiejszym odcinku przeczytacie niezwykłą historię chłopaka, który w wieku 3 lat ugotował zupę swoim chorym rodzicom, a także wywiad z Edie Maciejewską, znaną też jako Mieszkanka Warszawy. Będzie też o pewnej skoszonej instalacji, terroryzmie i uchodźcach z Rosji. Zobaczycie także garść plakatów motywacyjnych i posłuchacie genialnej muzyki z równie genialnego serialu. Nie zabraknie też potężnej dawki informacji na temat self-publishingu oraz tekstu o tym, dlaczego gwizdanie to niezbyt szczęśliwy sposób na komplementowanie. Enjoy!


Linki, w które warto kliknąć:

 W wieku 13 lat zapisałem się na siłownię. Miałem zrobić to wcześniej, ale tata nie pozwalał. Ćwiczyłem, bo chciałem nosić mamę. Kto weźmie ją rano do toalety? Pomoże wstać? Usiąść w fotelu? Albo ułoży do snu? Więc tak się wytrenowałem, że dźwigałem mamę jedną ręką. Była leciutka, ważyła nieco ponad 40 kilogramów. Czyli tekst, który ściska za gardło. Przed Wami materiał o niezwykłym chłopaku, który miał trzy lata, kiedy ugotował rodzicom pomidorówkę.


 Jestem bytem internetowym, który od czasu do czasu może komuś rzucić się w oczy. Mam charakterystyczny kolor włosów, być może jestem autorką tekstu, który komuś zapadł w pamięć. Nie jest to jednak ten rodzaj popularności, która spowoduje, że pojawię się na Pudelku albo w telewizji śniadaniowej. Chyba nawet cieszę się, że tak nie jest. To komfort. Może tego nie widać, ale tak naprawdę jestem nieśmiała i często przykrywam to pewnością siebie. Czyli Edie Maciejewska i wywiad pt. Kontakt z ludźmi spoza sieci pozwala mi zachować pokorę.


 Na dobrą niedzielę, równie dobry soundtrack z „Peaky Blinders”. Jeśli jeszcze nie oglądaliście serialu, to nadrabiajcie czym prędzej. Wart jest każdej minuty!


 Lubicie plakaty motywacyjne? Jeśli tak, koniecznie zajrzyjcie na bloga My Pink Plum – Magda Mirkowicz przygotowała dla Was najpopularniejsze projekty w historii bloga. Jest co pobierać!


 Trzy lata temu piliśmy kawę w miejscu zbrodni, a przed tygodniem tuż obok spacerowała moja córka. W Reutlingen, na ulicy, na której doszło do morderstwa, kupiłem płaszcz i spodnie. Pierwsza myśl: Bóg to placebo i świat przewróci się naprawdę. Wobec Orlando, Monachium, Kabulu, Fort Myers, Niederlandów jestem zupełnie bezsilny. Druga: Czy można pomyśleć „jestem bezsilny wobec zła” i podpisać akt kapitulacji?  I trzecia: Nie można, nawet jeśli to naiwne, a nawet głupie. Kto powiedział, że w czasie sztormu i kiedy statek tonie, nie warto rozkładać parasoli? Czyli Konrad Kruczkowski z bloga Halo Ziemia i tekst pt. Postanowieniami walczę z terroryzmem.


 Zaglądajcie też czasem na mój Instagram. Takie rzeczy tam można znaleźć:


 Nielegalnie z Rosji wydostać się właściwie nie da. – Czasem udaje się reniferom. I krabom. I żółtym chmurom. Parę lat temu na policję zgłosił się Chińczyk w bieliźnie i kapciach. Przedarł się przez zasieki z drutu kolczastego, przepłynął przez lodowatą rzekę Pasvik i poprosił o azyl. Czyli „Duży Format” i uchodźcy w Rosji.


 Miała być bieszczadzka łąka, jest przystrzyżony skwer. W ramach porządków skoszono instalację artystyczną „Chwasty” na warszawskim Powiślu. – Trochę to przykre, trochę śmieszne, a trochę przypominające o tym, jak wygląda realizowanie projektów w przestrzeni publicznej w Polsce – podsumowuje Karolina Grzywnowicz, artystka. Czyli rzecz o tym, jak instalacja artystyczna została… skoszona przez kosiarkę. I nie, to nie jest żart.


 Dla rozluźnienia – panda. A nawet kilka pand:


 W gruncie rzeczy to ja, jako autor, wkładam najwięcej wysiłku i najwięcej inwestuję w książkę. W moim przypadku były to blisko dwa lata pracy. Nikogo nie powinno więc dziwić, że chcę zarobić na książce proporcjonalnie najwięcej. W przypadku tradycyjnego wydawcy to niemożliwe. Tak skonstruowany jest ten biznes. Jedynym panaceum jest właśnie self-publishing. Czyli Michał Szafrański z bloga Jak oszczędzać pieniądze opowiada o tym, jak być autorem, ale nie bankrutem. Po tak śmiałych tezach i stojącymi za nimi twardymi danymi, polskie wydawnictwa chyba naprawdę mają czego się bać.


 Nie ubieram się wyzywająco i daleko mi do klasycznej piękności, a mimo to zupełnie obcy mi mężczyźni wbrew mojej woli postanowili skomentować – raczej w mało poetycki sposób – moje ciało. I choć znam dziewczyny, dla których gwizd puszczony przy akompaniamencie zapachu krążków cebulowych przez robotników budowy jest najwyższym dowodem uznania, powodem do uśmiechu przez najbliższe dziesięć godzin, dla mnie to raczej forma upokorzenia i okazanie braku szacunku. Czyli Venila Kostis z tekstem o tym, że gwizdanie to nie komplement.


 Udanego dnia wszystkim!


fot. Alicja/stock.tookapic.com

 

Instagram