„Piękna i Bestia”: Niepoprawna marzycielka i zły pan na zamku


Zimowa wyprzedaż w Zalando! Rabaty do -70%


Ten film jest po prostu zjawiskowy. Podana w nim opowieść, żywa przecież od lat i teraz opowiedziana na nowo, znów chwyta za serca i wyciska łezkę wzruszenia nawet u największych twardzieli. Sukcesu „Pięknej i Bestii” próżno doszukiwać się jednak w wymyślnych fabułach i realizatorskich sztuczkach – tym, co tutaj urzeka, jest zwyczajna, stara jak świat… historia miłosna.

WIECZNA MARZYCIELKA I BUC-CELEBRYTA 

Oto mamy przecież Bellę – całkiem normalną dziewczynę, graną tu przez świetną jak zawsze Emmę Watson. Piękną, dobrą, romantyczną, wiecznie z głową w chmurach. Dziewczynę, której pech polega na tym, że mieszka gdzieś w maleńkim, francuskim miasteczku, pełnym ludzi o dość ciasnych horyzontach. Takich, którzy nie tylko nie tolerują inności, ale i najchętniej wszystkich by sobie podporządkowali. Jak bardzo więc drażnić ich musi Bella – odstająca od nich, kochająca się w książkach, chcąca dla siebie czegoś więcej niż tylko nudny żywot dziewuchy z prowincji. A do tego będąca przecież córką domorosłego wynalazcy, który wśród mieszkańców zdążył zapracować sobie na miano nieszkodliwego szaleńca.

W tejże Belli zakochuje się Gaston – typowy wojskowy, dzielny i odważny, niestety – szaleńczo już w kimś zakochany. I to zakochany najpewniej po wieki, bo w kochanku najwspanialszym z najwspanialszych, to jest… w sobie samym. Gaston ma przy tym prosty plan na życie – chce się ożenić z najpiękniejszą dziewczyną, jaką zna, zaś nieszczęście Belli polega na tym, że jest nią właśnie ona. Zaloty Gastona nie są jednak zbyt wyrafinowane – wprost artykułuje on swoje życzenia, czym obrzydza tę wizję Belli do granic możliwości i – jak nietrudno zgadnąć – pozostaje odosobniony w tej swojej wielkiej miłości.

Zaznaczyć przy tym trzeba, że grający Gastona Luke Evans wielokrotnie kradnie tutaj całe przedstawienie, a jego rola jest po prostu wybitna. Nie będzie chyba przesadą stwierdzenie, że sceny z nim wielokrotnie uchodzą za najlepsze w filmie – także ta, w której pełen miłości i podziwu przemawia on… tak, tak – sam do siebie, a konkretnie: do lustra.

piękna i bestia recenzja

piękna i bestia recenzja

piękna i bestia


BEZ PRZESADY Z TYMI GEJAMI

Gastonowi towarzyszy przy tym kolejna cudna postać, czyli dobrze znany nam wszystkim Le Fou. I to on chyba jest tu największym zaskoczeniem – daleko mu do Le Fou, jakiego znamy z „Pięknej i Bestii” z animacji z 1991 roku. To już nie jest pokorny sługa, bezmyślny i ślepo w niego zapatrzony. Grający go Josh Gad dołożył wszelkich starań, aby nie być tylko cieniem swojego kompana. Dzięki temu jego bohater jest osobną, naprawdę ciekawą postacią, niewątpliwie inteligentniejszą i wrażliwszą od samego Gastona. Przez cały film robi mu więc trochę za przyjaciela, a trochę za wyrzuty sumienia. Gaston pomysły miewa bowiem dość okrutne i szalone, łącznie z tym, że chce pozbawić wolności (a w pewnym momencie i życia) swojego przyszłego teścia.

Od razu rozczaruję jednak tych z Was, którzy naczytali się w internecie o tutejszym wątku gejowskim. Zgoda, że Le Fou bywa momentami może ciut przegięty, a w tym jego wpatrzeniu w Gastona jest coś, co dwóm heteroseksualnym mężczyznom raczej nie przystoi. Ale to nie jest tak, że na ekranie rozgrywa nam się nagle Bóg wie jakie porno. Nie ma nagości, nie ma czułości, jest co najwyżej radość, taniec i śpiew. No i słabość Le Fou do Gastona, któremu niejednokrotnie należałby się pstryczek w nos (albo i cios solidną łopatą) – zarówno za sposób, w jaki stara się nakłonić Bellę do ożenku, jak i za bycie typowym, małomiasteczkowym bucem.

piękna i bestia film

piękna i bestia recenzja


Z LOCHU NA SALONY

Ukoronowaniem tej całej historii jest oczywiście Bestia – uwięziony w ciele potężnego monstrum książę, o którym za sprawą złowrogiego zaklęcia nikt nigdy nie słyszał – a jeśli słyszał, to rychło zapominał. Dni księcia i jego służby są przy tym policzone – jeśli nie znajdzie się ktoś, kogo z wzajemnością pokocha, nim ofiarowana mu róża straci ostatni z płatków, czaru nigdy już nie uda mu się zdjąć. A on, choć przystojny, wykształcony, oczytany i zamożny, pozostanie po wsze czasy na swym mrocznym, ukrytym wśród lesistych wzgórz zamku.

I pewnie każde z nich żyłoby nadal swoim życiem, gdyby nie nieporadny ojciec Belli, jego wypłoszony przez wilki koń i niesprzyjająca wojażom pogoda. Wszystko to powoduje bowiem, że trafia on do lochów Bestii, z których Bella będzie go musiała wybawić. Jak? Oferując Bestii samą siebie w zamian.

Wspaniałe mamy tu więc zderzenie miejsc, historii i osobowości. Wrażliwa, acz waleczna Bella, niepokorny, choć muszący się nauczyć kochać książę i butny Gaston vel. lokalny celebryta, stanowią naprawdę przepyszną mieszankę dla wszystkich śledzących ich losy widzów. Całości dopełniają także pozostali mieszkańcy zamku, których oglądamy na ekranie pod postacią ożywionych sprzętów. Tutaj na wyróżnienie zasługuje z pewnością Evan McGregor, występujący jako Płomyk. Jego francuski akcent jest doprawdy cudowny, zaś trudna przyjaźń z Trybikiem (w tej roli Ian McKellen) bywała źródłem niejednej mojej radości.

piękna i bestia

piękna i bestia

piękna i bestia


TEN FILM TO WIZUALNY MAJSTERSZTYK

Czy coś mogło się tutaj nie udać? Tak pomyślani bohaterowie, których losy rozciągają się między prowincjonalnym miasteczkiem i wypełniającą go, dość ciasną umysłowo, ale na pewno zżytą ze sobą społecznością, a majestatycznym, mrocznym i mogącym uchodzić za nawiedzony zamkiem? Każda scena zrobiona została tutaj z największą dbałością – bez względu na to, czy akcja dzieje się właśnie w zatłoczonej knajpie, czy może w ogrodzie, cudnie oprószonym śniegiem, człowiek ma wrażenie, że dokoła rozgrywa się magia. Zwłaszcza, że zamek Bestii jest naprawdę zjawiskowy – z tą swoją ogromną biblioteką, salą balową, rozpościerającymi się bez końca korytarzami i skrywającymi niejedną tajemnicę komnatami.

I tak, jak nie lubię zbytnio musicali, tak ten jest po prostu wspaniały. Fakt, że bardzo wiernie nawiązuje do swojego pierwowzoru jest tutaj raczej zaletą, niż wadą. Znajdziemy tutaj te same sceny, piosenki, a nawet fragmenty dialogów. Ale – odświeżone, podane w zupełnie nowej odsłonie – wciąż się podobają. To, co zmieniono, to – poza charakterystyką postaci – uzupełnienie historii rodziców tak Belli, jak i Bestii. Oraz wytłumaczono wreszcie, jakim cudem o żyjącym w lesie księciu wraz z całą służbą nikt w okolicy przez tyle lat nie słyszał. 

A zatem – jeśli zastanawiacie się, czy warto sobie tę historię przypomnieć, to moja odpowiedź brzmi: TAK! „Piękna i Bestia” to historia wybitna – tak, jak wybitny jest cały ten film. Począwszy od scenografii i charakteryzacji, przez obłędnie piękne kostiumy, aż po muzykę i efekty specjalne. Naprawdę, wyjątkowe jest to widowisko – z iście baśniową stylistyką, typową dla Disneya i genialnie przeprowadzonym castingiem, dzięki któremu zachwyca tu chyba każda z granych ról. Jeśli więc chcecie raz jeszcze poznać wzruszającą historię o miłości i akceptacji, a przy okazji obejrzeć pełen przepychu, wizualny majstersztyk, to do kina marsz!

A na deser – zwiastuny:

grupa na fb fajne dziewczyny
ikona zapisu do newslettera

Instagram