Nowa reklama Allegro jest zła. Z przynajmniej 8 powodów

Tak, wiem – wszyscy się wczoraj mocno rozczuliliśmy, a efektem tego było morze wylanych ze wzruszenia łez. Jak tu się zresztą nie wzruszyć, kiedy Allegro podsuwa nam tak ckliwą historię? Oto dziewczynka wraz z mamą szykują się na bal przebierańców. To znaczy: na bal szykuje się dziecko, ale sam strój przyszykować musi już matka. I widzimy tę biedną, umęczoną kobietę, która szyje i projektuje po nocach oraz jej ciągle niezadowolone dziecko, z oczami wielkimi i pełnymi wyrzutów jak u mordowanej przez myśliwego sarny. Ale oto nadchodzi wreszcie upragniony finał – wymarzony strój udaje się kupić przez internet, a okazuje się nim… taka sama sukienka, jaką niegdyś nosiła matka. Bo dziewczynka nie chce być w przyszłości ani baletnicą, ani kosmonautą, ale po prostu – chce być taka, jak matka.

A ja patrzę na ochy i achy i nie umiem się im nie dziwić. Naprawdę, ta reklama wzrusza? Naprawdę ktoś uznał, że jest dobra? Poza tym, że z racji konwencji jest nieco magiczna/baśniowa, a poza tym zwyczajnie, fajnie zrobiona, to jednak przynosi nam więcej szkody, niźli pożytku. Bo pozwala na wysnucie kilku smutnych wniosków. 

1. Nieważne, jak bardzo się starasz. Bo wszystko i tak kupisz dziś na Allegro

Matka zaharowuje się gdzieś w garażu nocami. Pomijam pytanie o to, gdzie jest ojciec, bo przecież reklamy przyzwyczaiły nas już do tego, że od zajmowania się dziećmi są w tym kraju żony. Załóżmy jednak, że jest to matka samotna i jej poświęcenie dla szczęścia dziecka jest więc tym bardziej szlachetne. Natomiast na nic jej zaszywanie się w pracowni, na nic odkurzanie starej maszyny, na nic projektowanie i wymyślanie – finalny strój przecież i tak udaje się kupić dopiero na Allegro. Jaki z tego wniosek? Nie warto się starać. Wysiłek, praca, oryginalność, trud i poświęcenie – to nie są rzeczy, jakie warto by dzisiaj docenić. Albo więc Allegro ma nas za idiotów, albo takie chce wychować sobie pokolenie. 

2. Nie istnieje coś takiego, jak komunikacja

O ile się nie mylę, to mamy pokazaną matkę, która ze swoim dzieckiem kompletnie nie rozmawia. Nie pyta córki, kim chciałaby być, jaki strój sobie wymarzyła, jak widzi siebie na balu przebierańców. Zamiast tego mamy matkę, która działa. Niestety, na oślep. Dlatego nie wiem, skąd to rozczulanie się, ilekroć ktoś wspomni o jej staraniach. Zamiast tego zapytałabym: po co? Po co uszczęśliwiać dziecko na siłę, po co wbijać je we własne wymarzone kostiumy, realizować na nim swoje własne wizje? Jest prostszy sposób na nawiązanie porozumienia z dzieckiem. Nazywa się to rozmowa. Pozwala zaoszczędzić czas, pieniądze, a także energię. No i przede wszystkim – poznać tego dziecka marzenia, plany i potrzeby. 

3. Nie istnieje też coś takiego, jak wspólna zabawa

Wiecie, jak powinny wyglądać przygotowania stroju na bal przebierańców? Bardzo prosto. Wystarczy, aby udział wzięły w nim dwie osoby: dziewczynka, jako główna zainteresowana, oraz jej matka. To by świadczyło o tym, że są sobie rzeczywiście bliskie, że potrafią razem spędzać czas, że matka wie, na czym polega wychowywanie dziecka, uczenie go czegokolwiek, budowanie więzi. To pozwoliłoby także wyeliminować całą tę serię niepotrzebnych prób, bo dziecko od początku do końca miałoby realny wpływ na to, co finalnie na ten bal wdzieje. Zamiast tego matka pracuje, a córka testuje – aby finalnie i tak móc pokręcić nosem. Czy efekty nie były lepsze, gdyby ta praca była jednak wspólna? Czy nie nauczyłoby to dziecka – poza umiejętnościami typowo technicznymi – także szanowania cudzej pracy? I w końcu – czy nie byłoby dla niego wspaniałą zabawą? Zamiast tego mamy samotną matkę i samotne dziecko. Rzeczywiście, wzruszająca wizja. 

4. Głupota matki nie zna granic

Nie czarujmy się – normalną, zdrową psychicznie matkę, w prawdziwym życiu by na takie zachowanie dziecka zwyczajnie trafił szlag. Ja rozumiem, że jeden strój mógł się dziecku nie spodobać. Od biedy, mógł się nie spodobać też drugi. Ale dziewięć? Dziewięć strojów okazało się totalnie do dupy? Która matka dałaby sobie aż tak wejść na głowę? To, co pokazuje reklama, to nie jest świat idealny, w którym wszystko się robi dla dziecka – to świat kompletnie odrealniony i głupi. Zdrowe wychowanie polega na tym, że wszystko ma swoje granice. Że dziecko się wszystkiego od małego uczy, a nie się je we wszystkim wyręcza. Skoro tutaj kobieta szyła córce kostium, to czy odrabiała za nią także lekcje? Sklejała modele na geometrię? Uzupełniała notatki? Tak się nie wychowuje dzieci – tak się wychowuje życiowe, niezaradne kaleki. Albo totalnych leni.

5. Nie istnieje coś takiego, jak zwykła, dziecięca empatia

Ktoś powie: biedna, pełna miłości kobieta. Siedzi w tym garażu po nocach, moknie w deszczu, szyje i kombinuje. A ja zamiast tego proponuję popatrzeć na dziecko. To, które radośnie się temu przygląda, z nosem przyklejonym do szyby i z uśmiechem stojące sobie w oknie. Ile ono ma lat? Siedem? Osiem? Dziewięć? I nie widzi, że matka się stara? Naprawdę ma serce codziennie tej matce odmawiać? Widzieć jej starania, te nieprzespane noce, a jednocześnie dobrze przecież wiedzieć, że żaden z tych strojów nie będzie idealny? Zauważcie, że finalnie rysunek z wymarzonym strojem wisi już w gablocie – co jednoznacznie sugeruje, że mała od dawna wie, kim chciałaby zostać. I tutaj wszyscy się rozczulają, bo dziewczynka chciałaby być jak jej mama. Natomiast ja zamiast zachwytów mam dwa nieskomplikowane pytania: dlaczego w takim razie jako pierwszy wybrała strój motylka? I dlaczego o swoim wyborze nie powiedziała mamie sama?

6. Na tym świecie nie ma miejsca dla dwóch motylków

Zostańmy na chwilę przy motywie pierwszego przebrania. Oto matka z córką wychodzą ze sklepu (co znaczy, że jednak nie od początku matka była tak znowu skłonna do poświęceń i całonocnej roboty), mała przepięknie przebrana, ale problemem pojawia się, gdy po drugiej stronie ulicy idzie inny motylek, to jest – dziewczynka, identycznie przebrana. I tutaj rozpoczyna się dramat. Ja rozumiem, że to katastrofa na studniówce, kiedy dziewczyna z równoległej klasy ma taką samą sukienkę. Albo katastrofa na weselu. Słowem – w jakimkolwiek dorosłym życiu. Ale serio, to katastrofa także dla kilkulatki? Dlaczego matka nie może wytłumaczyć jej, że po świecie lata cała masa motylków? Dlaczego dziewczynki nie podbiegają do siebie radośnie? W końcu wybrały ten sam strój, a zatem – mają podobny gust. Dlaczego zdublowany pomysł uchodzi tu do rangi tragedii? A później wszyscy się dziwią, że mają rozpuszczone jak dziadowski bicz dzieci.

7. A więc można mieć aż tak totalną sklerozę

No i tak przechodzimy do sedna, nad którym wszyscy tak pieją. Dziewczynka dostaje upragniony strój, idzie na bal, a jej matka dostrzega na szkolnym korytarzu gablotę – gablotę, w której wisi jej własne zdjęcie i podpis córki, że chciałaby być jak jej mama. I teraz mam ochotę mocno uderzyć się w czoło. Serio? Serio dziewczynka znalazła sukienkę sprzed lat, produkowaną też w dziecięcym rozmiarze? Serio jej matka kupiła ją lata temu na Allegro? I serio o tym nie pamiętała? Nic nie dało jej do myślenia? Krój, kolor, korale? Ja wiele jestem w stanie zrozumieć – że konwencja, że emocje, że to takie wzruszające. Ale, sorry, nie. Nie tym razem. Tym razem jest to durne, naciągane, naiwne. Odróżnijmy granie na tanich emocjach od tego, co widzą oczy i co poddać analizie powinien zdrowy rozsądek. Naprawdę są tu kobiety, które nie pamiętają wszystkich swoich sukienek i nawet po latach by ich nie rozpoznały? W takie bajki uwierzyłabym chyba tylko osobie pokroju Beyoncé.

8. Być jak mama to nosić takie same sukienki

A na koniec – wisienka na torcie. Patrzymy w gablotę i co widzimy? Jedno dziecko chce być baletnicą, inne kosmonautą. Tylko nasza główna bohaterka chce być jak jej własna mama. Wzruszające? Wiadomo, każda matka by się wzruszyła. Ale czy zaraz potem by się nie zastanowiła? Czy ze wszystkich jej cech, najbardziej reprezentatywna jest właśnie sukienka? Dlaczego córka nie kopiuje jej zawodu, pracy, pasji? Jakiegokolwiek działania, akcji? Ja rozumiem, że czerwona sukienka jest pięknym symbolem, ale jeśli chcemy robić ambitne spoty albo jeszcze ambitniejsze kampanie społeczne, to może róbmy je nieco bardziej rozsądnie. Bo jeśli całokształt tej kobiety przedstawia zdjęcie w sukience i z wózkiem, to robi nam się z tego kolejna, powielająca stereotypy reklama. I na miejscu tej matki naprawdę nie chciałabym, żeby to na mnie wzorowało się moje dziecko. Żeby jego praca nie była doceniana, żeby nie potrafiło rozmawiać z własnym dzieckiem, nie słuchało go, nie rozumiało. Od życiowej niedojdy naprawdę wolałabym mumię. Albo dinozaura. 

A dla niewtajemniczonych – reklama:

foto główne: Monkey Business/fotolia.com

Instagram