„Wieczorami pójdę sobie do kina”. Czyli 7 okazji, by dogonić życie

Niedługo kupię dużo książek i będę je czytać. Wieczorami pójdę sobie do kina, a nocami będę słuchał deszczu spadającego na miasto. I tak będzie aż do wiosny. I aż do wiosny nie będę do nikogo mówił o miłości.

Marek Hłasko

Znacie to uczucie? Czekacie na coś bardzo, bardzo długo, a kiedy już się wydarza, to zupełnie przypadkiem musicie to właśnie przegapić? Ja mam tak z premierami najgłośniejszych filmów, jakie lecą w kinach. Przegapiłam boskiego Ryana Goslinga, pląsającego w rytm muzyki do filmu „La La Land” oraz „Sztukę kochania”, którą chciałam zobaczyć bynajmniej nie dla poznania losów Michaliny Wisłockiej (uwaga, wyznanie – poza Bogusławem Lindą, kocham się też w Eryku Lubosie).

Regularnie przegapiam też premiery książek, wyprzedaże w sieciówkach, a w tym roku przegapiłam nawet wiosnę. A teraz patrzę na prognozę pogody, widzę deszcz i obłędnych 9 stopni i mam wrażenie, że wiosna już była. A ja znów przehibernowałam kilka miesięcy i obudziłam się wprost w paskudną jesień.

Na szczęście są rzeczy, które można nadgonić, a jedną z nich jest najnowsza akcja, jaka dzieje się w Multikinie. Akcja nazywa się „Wracamy z hitami” i – jak sama nazwa wskazuje – polega na tym, że na wielkim ekranie znów zobaczymy najgłośniejsze premiery ostatnich miesięcy. W repertuarze jest aż szesnaście tytułów, natomiast dziś postanowiłam wybrać dla Was najbardziej interesujących (moim zdaniem) siedem. Część już widziałam, na resztę czaję się jak dziecko na truskawki, ale jedno jest pewne – do pełni szczęścia wystarczy czasem jeden bilet do kina, ściskany mocno w ręce!

A przed Wami 7 filmów, dopasowanych do 7 typów ludzi. Mam nadzieję, że każdy z Was znajdzie w nich coś dla siebie!


1. „Bridget Jones 3”. Dla fanów babskiego kina

Przy czym babskie wcale nie znaczy gorsze! Bridget Jones to postać o tyle wspaniała, że co druga kobieta może się z nią śmiało identyfikować. Bo i która z nas nie zalicza w życiu osobistym wpadki za wpadką, która nie kompromituje się wiecznie przed szefem, która nie narzeka, że jej tyłek przypomina wielkością dwie kule do kręgli? I która w końcu nie marzy o tym, żeby gdzieś tam na finiszu tej bajki stał – jeśli już nie książę na białym koniu – to chociaż całkiem sympatyczny giermek? Ostatnia część przygód Bridget pokazuje, że szczęście naprawdę jest w zasięgu ręki. A nawet dwóch rąk, bo i dwóch mężczyzn będzie się o nią starać. Ciepły, dobry film! Jak balsam dla duszy. Albo muffinka dla żołądka.


2. „Doktor Strange”. Dla fanów zbierania szczęki z podłogi

Jeśli wydaje Wam się, że wizualnym majstersztykiem była na przykład „Incepcja”, to czym prędzej pędźcie do kina nadrobić „Doktora Strange’a”. To, co tu się wyprawia, jest absolutnym zaprzeczeniem wszelkich praw fizyki i wymyka się tak zasadom tak zdrowego rozsądku, jak i grawitacji. Do tego dochodzi naprawdę arcyciekawa fabuła, motyw funkcjonowania równoległych światów, oraz – last but not least – genialny Benedict Cumberbatch, który pokazał, że znakomicie spisuje się nie tylko w roli równie błyskotliwego, co i bezczelnego Sherlocka Holmesa. A jeśli dodać do tego totalnie nieprzewidywalną i zawsze równie niepokojącą Tildę Swinton, to miks wyjdzie nam naprawdę doskonały.


3. „La La Land”. Dla fanów Ryana Goslinga

Albo Emmy Stone, bo i ona z każdym kolejnym filmem wydaje się coraz bardziej zjawiskowa. Zestawienie tej dwójki w jednej produkcji, do tego z wątkiem miłosnym, po prostu nie mogło nie wypalić. A jak już wypaliło, to na niebie pojawiły się fajerwerki – nie gorsze od tych w sylwestra. Nagrodzony Oscarami w sześciu kategoriach „La La Land” ląduje więc w ścisłej czołówce premier do nadrobienia – tym ciekawszych, że nie codziennie na ekrany kin trafiają musicale. Do obejrzenia go przekonuje mnie zresztą jeszcze jeden fakt – twórcą filmu jest Damien Chazelle, czyli człowiek, który zrobił „Whiplash”. Trzy razy widziałam go w kinie i trzy razy ściskał mnie za gardło. Mocna, wspaniała rzecz, którą także Wam mocno polecam.


4. „Łotr 1”. Dla fanów „Gwiezdnych wojen”

I pomyśleć, że jeszcze rok temu nie znałam ani jednej części! Chwała mojemu chłopakowi za to, że dzielnie ze mną wszystkie te „Wojny” raz jeszcze oglądał, bo naprawdę, nie miałam pojęcia, ile w życiu traciłam. Teraz Darth Vader jest jednym z moich ulubionych bohaterów (w panteonie bohaterów kinowych jest dla mnie tym, kim Andrzej Kmicic w panteonie bohaterów literackich – a to nie byle co!), a jego złowrogie dyszenie zawsze jest gwarancją szybszego bicia serca. „Łotr 1” jest przy tym zrobiony naprawdę ciekawie, a na szczególną uwagę zasługuje tutejsza sceneria. Nieważne, czy podziwiamy spalone słońcem odludzia, czy też egzotyczną planetę Scarif – gwarantuję, że za każdym razem jest moc! A i dobra jest też sama fabuła.


5. „Moonlight”. Dla fanów oscarowych nominacji

Jeden z tych filmów, które już na etapie oglądania zwiastuna budzą autentyczny niepokój. Zbudowany w oparciu o serię przeciwieństw, wydaje się jednocześnie bardzo subtelny, jak i bardzo brutalny. Szalenie poetycki, ale przy tym na wskroś realistyczny. Dotykający jednego, konkretnego człowieka, ale i odnoszący się do całego ogółu. To jedna z tych opowieści, które czynią kino innym, lepszym, rzadkim. – Płaczę tak często, że mam wrażenie, że zamienię się w łzy – mówi czarnoskóry Chiron, a nas emocje coraz mocniej wtłaczają w kinowy fotel. Zamiast confetti – biedne i brudne przedmieścia Miami. Zamiast ciepła i dobra – przemoc, uzależniona matka i wszechobecne narkotyki. A do tego film nagrodzono aż trzema Oscarami. 


6. „Pitbull. Niebezpieczne kobiety”. Dla fanów największych metamorfoz

A tutaj taką przeszła bez wątpienia… Alicja Bachleda-Curuś. Kojarząca się dotąd z mało znaczącymi rolami, śliczna, acz mało wyrazista, wreszcie dostała rolę życia. Wykreowana przez nią bohaterka to prawdziwa petarda – mocna i nieobliczalna. I dla takich zjawisk warto chodzić do kina! Zwłaszcza, że towarzyszy jej jak zwykle zimna Magdalena Cielecka, pierwszorzędnie grająca idiotkę Maja Ostaszewska czy zawsze dobra Anna Dereszowska. A jeśli do kompletu dołącza także Sebastian Fabijański, do tego w roli strażaka, który z jednej strony ratuje zakopane żywcem psy, z drugiej zaś działa na rzecz podejrzanego gangu motocyklowego, to mieszanka wyjdzie nam zaiste wybuchowa. I choć pierwszego „Pitbulla” pokochałam bardziej, to i ten wyszedł Vedze całkiem nieźle.


7. „Sztuka kochania. Historia Michaliny Wisłockiej”. Dla fanów biografii

Albo dla takich, jak ja, czyli fanek Lubosa. Nie pamiętam już, kto i kiedy okrzyknął go najbrzydszym amantem polskiego kina, ale miał w tym dużo racji. – Mam twarz mordercy, ale wrażliwość dziecka, zaś moje serce chce się spalić z miłości. Byłbym świetnym amantem. Pokazałbym wszystkim, jak trzeba zagrać Romea – mówił na łamach „Dziennika Teatralnego”, a ja byłabym tej roli bardzo, bardzo ciekawa. Tak samo, jak ciekawa jestem tutaj Magdaleny Boczarskiej, która wciela się w tytułową Wisłocką. Ba, także sama historia wydaje się warta opowiedzenia – kto z nas nie znalazł w domu egzemplarza „Sztuki kochania”? Kto choć raz do niej nie zerkał? Na plus przemawia tu także Krzysztof Rak – autor scenariusza nie tylko do Wisłockiej, ale i do świetnego filmu „Bogowie”. Kto oglądał, ten wie.


Co jeszcze?

W ramach akcji „Wracamy z hitami” zobaczycie także takie filmy jak: „Przełęcz ocalonych”, „Manchester by the Sea”, „Dziewczyna z pociągu”, „Inferno”, „Nowy początek”, „Zwierzęta nocy”, „Ukryte piękno”, „Wołyń” i „Split”. Szczegółowy repertuar znajdziecie na stronie Multikina. Enjoy!

A zapowiedź samej akcji zobaczyć możecie tu:


fot. He2/fotolia.com

Instagram