Życie po stracie: Bez domu, bez męża, bez planu. Recenzja „Rdzy”

Każdy z nas kogoś stracił. Babcię, dziadka, ojca, matkę. Męża, przyjaciela, nadzieję. Gorzej, jeśli w chwili straty miało się siedem lat i wiodło całkiem beztroskie życie – wypełnione rodzicielską miłością i igraniem z sunącymi przez wioskę pociągami. A taki los spotkał Szymka. Jego rodzice wyszli z domu i już nie wrócili. Została tylko ona – mama mamy, Tośka. Kobieta dziwna i raczej zimna. I ta przerażająca świadomość, że jak to? Nigdy już nie wrócą? Nic nie będzie już takie samo?

A tak właśnie zaczyna się „Rdza” – najnowsza powieść Jakuba Małeckiego, o której jeden z krytyków nie bez powodu powiedział, że została napisana z czarnym rozmachem. Bo u Małeckiego, choć to życie jest na pierwszym miejscu – to codzienne, całkiem zwyczajne – to towarzyszy mu zawsze śmierć. A jeśli nie śmierć, to chociaż jakaś większa lub mniejsza tragedia. Ot, powiedzmy, że ktoś wdrapuje się na pewną przeklętą topolę, a kiedy z niej spada, nigdy już nie odzyska mowy. Ktoś inny, chcąc obronić kobietę przed gwałtem, wdaje się w bójkę i wychodzi z niej tak poturbowany, że nigdy nie stanie już na własnych nogach. Jeszcze ktoś inny do końca życia będzie słyszał krzyk ludzi, palących się żywcem w stodole. A jeszcze inny, chcąc zrobić matce niespodziankę, odrąbie sobie siekierą palce.

SPOKOJNIE, HORRORU Z TEGO NIE BĘDZIE

Tylko nie dajcie się zwieść pozorom: to nie jest książka makabryczna. Przeciwnie, pełna jest bliżej nieokreślonej otuchy, ciepła, czającego się gdzieś za rogiem dobra. Przykład, jeden z pierwszych: Szymek boi się, że ta Bozia, która odebrała mu przecież rodziców, przyjdzie i zabierze mu jeszcze zabawki. I dlatego zamyka je bezpiecznie schowane na dnie… bębna w pralce. Ba, Szymek boi się Bozi tak bardzo, że bierze z garażu sznurek od snopowiązałki i codziennie przed snem przywiązuje sobie nim nogę do kaloryfera – tak, żeby Bozia nie zdołała wyciągnąć go nocą z łóżka. Straszny obraz? Na pewno. Ale kiedy Szymek zostaje tak niby sam z tymi swoimi strachami, wkracza jego babka – dotąd raczej milcząca i chłodna. I rzuca:

jakub małecki– Ale wiesz co? Jak ta Bozia nam wejdzie do domu, to ja ją zastrzelę (…). Mam pistolet. I ją zastrzelę tym pistoletem, jak tu wejdzie. Rozumiesz? Zastrzelę. Nikogo się ze mną nie musisz bać.

Czyli dokładnie odwrotnie, niż zrobiłaby każda inna babcia. Tośka nie karci wnuka za bluźnierstwo, nie broni Bozi, która z założenia powinna być dobra. Tylko, uwaga, nie dajcie się zwieść pozorom. Tośka nie ściągnęła do domu pistoletu po to, aby dzięki niemu mogła bronić siebie i wnuka. Ona przede wszystkim… chce się za pomocą tego właśnie pistoletu zastrzelić. Co dosadnie potwierdza ten piękny cytat:

Wspominając dziadka, Tośka często myślała o tym, jak ważne w życiu jest móc umrzeć wtedy, kiedy się chce, i dziwiła się, że prawie zawsze ludzie umierają dopiero wtedy, kiedy naprawdę trzeba. Ona sama dawno już wszystko obmyśliła. Wiedziała, w co się ubierze i pod który drzewem usiądzie w swoim sadzie. Znając kształt i ciężar kuli, która jej przebije głowę, czuła się bezpiecznie.

TA RECENZJA POWINNA BYĆ ZŁOŻONA Z CYTATÓW

Po co w ogóle cytuję? Bo pisanie o prozie Małeckiego w oderwaniu od konkretnych fragmentów nijak nie oddałoby Wam całości. Jego książka jest tak dobra, a on sam – tak wybitny w kreśleniu tych swoich bohaterów i oplatających ich opowieści – że cała ta recenzja mogłaby zawrzeć się jednym słowie: CZYTAJCIE. Bo rzeczywiście, drugiej takiej powieści dawno na polskim rynku nie było. Powieści prowadzonej z takim wyczuciem, tak naładowanej emocjami i oddziałującej na czytelnika z taką mocą.

Żeby nie było – sama nie jestem czytelnikiem sentymentalnym. Nie mam pretensji do autorów, kiedy zabijają moich ulubionych bohaterów, czy – jak Małecki – bezlitośnie odrąbują im palce. I to w momencie, kiedy zdawać by się mogło, że największe zło zostało zażegnane, a teraz wszyscy oddadzą się już niekończącej się nigdy sielance. Natomiast tutaj ten ból po stracie odczuwa się niemal fizycznie. Nawet po bohaterach, którzy na karty książki wkroczyli już martwi, tworzy się jakiś niezrozumiały rodzaj smutku. Przykład pierwszy z brzegu? Ojciec Szymka, Telesfor.

Telesfor wziął za żonę Elizę, którą Małecki wprowadza nam do fabuły zdaniem najdosadniejszym z możliwych: otóż Eliza od dziecka nie lubiła zupy ogórkowej i ludzi. On także ludzi nie lubi – dlatego jego pasją jest sporządzanie fikcyjnych rozkładów jazdy pociągów i kreślenie dla nich nieistniejących tras kolejowych. I dlatego też, żeby nie musieć z nimi pracować, postanowił zostać zootechnikiem:

– Taka na przykład krowa – tłumaczył, kiedy spacerowali nad Wartą. – Krowa jak jest głodna, to jest głodna. A jak szczęśliwa, to szczęśliwa. Z krową nie ma tak, że na przykład udaje zadowoloną, a tak naprawdę to jest wkurwiona na coś sprzed dwóch dni, albo że za dwa tygodnie kopnie cię z powodu czegoś, co jej się przywidziało dzisiaj. Krowa jak jest wkurwiona, to jest wkurwiona. A jak nie, to nie. I to mi się w krowach podoba.

Nie wiem, co Wy na to, ale dla mnie takie wprowadzanie bohaterów jest po prostu piękne.

„RDZA” – KSIĄŻKA NIEODSTAWIALNA

A jeszcze piękniejsze jest to, w jak wielu miejscach ta książka potrafi złapać za gardło. Jak często rozmiękcza czytelnika, odwołując się do tych najgłębiej skrywanych, ale wciąż w nas obecnych uczuć i emocji. I jak często daje mu mocno w twarz, pokazując, że w ludziach drzemią jednak bestie i nic nigdy nie jest nam dane na zawsze. Zwłaszcza, jeśli gdzieś w tle czai się jeszcze wojna.

rdza małeckiMusicie bowiem wiedzieć, że historia, jaką podaje nam tym razem Małecki, rozgrywa się na dwóch różnych płaszczyznach czasowych. Szymek i jego świat to jedno, jego babcia za młodu – to drugi. Mamy więc dwa pokolenia, dwie zupełnie inne rzeczywistości. I to, co je spaja, to nie tylko więzy krwi, ale i wspomniana wcześniej strata. Bo Małecki nie oszczędza nikogo. Nawet ta Tośka, o której można pomyśleć, że skoro najpierw straciła palce, a później córkę, została przez niego doświadczona jeszcze dotkliwiej. Tak samo, jak dotkliwie zostanie doświadczony też doroślejszy już Szymek. Żeby nie zdradzać z fabuły zbyt dużo, powiem to, co o prozie Małeckiego mówiłam Wam już wielokrotnie – musicie ją po prostu przeczytać. Musicie sami poznać tych bohaterów, ich słabości, pragnienia i lęki. Musicie widzieć to, co oni – tych palonych w lesie Żydów, te roztrzaskujące się pod naporem nadjeżdżającego pociągu monety, ten wypełniony zabawkami bęben pralki.

Musicie w końcu przeczytać słowo po słowie te zdania, momentami tak doskonałe. Małecki puentuje bowiem swoje rozdziały tak, że „Rdza” staje się książką nieodstawialną – aż do ostatniej strony. Warstwa językowa jest tu bowiem szalenie ważna, czyni tę opowieść naprawdę wspaniałą w odbiorze – momentami straszną, momentami śmieszną, ale zawsze autentyczną i pełną wzruszenia. Czasem w stawianych przez siebie pytaniach też nieco naiwną, ale powiedzmy to sobie szczerze – kto z nas, dla chwili ukojenia i pocieszenia, nie wolałby być czasem naiwny? Tak, jak ta Tośka?

– Patrzajcie, Bozia nie pozwoliła Niemcom kapliczki zrujnować! – powiedziała pani Nagórna do Tosi i innych dzieci.

Tośka popatrzyła na smutną minę zmokłej Maryi i ciemne serce namalowane na jej piersiach.

– To nie mogła lepiej kapliczkę dać zrujnować, a tych ludzi w stodole zostawić? – zapytała, ale nikt jej nie odpowiedział.

Dlatego powtórzę: czytajcie.


POD TYM LINKIEM PRZECZYTASZ MÓJ WYWIAD Z AUTOREM 


foto główne: Kevin/fotolia.com

Instagram