Listy do M., film do D. A bardzo chciałam, żeby było inaczej

W dużym uproszczeniu filmy można podzielić na dobre, złe i złe, ale świąteczne, więc i tak warte tego, żeby je zobaczyć. Bo kto z nas nie chciałby poczuć w sobie ducha świąt, zachwycić się bałwanami na swetrach i reniferami w ogródkach? Kto nie chciałby całować się pod jemiołą z miłością swojego życia, kto w końcu oparłby się blaskowi skrzących się na choince świec? No właśnie – wszyscy możemy mieć serca z tytanu, ale kiedy przychodzi Gwiazdka, to miękną jak zrobione z najtańszej plasteliny. I twórcy komedii romantycznych dobrze wiedzą, że mogą to wykorzystać. Że tak naprawdę w każdym z nas siedzi dziecko, radujące się na samą myśl o choince, lampkach i prezentach. Natomiast żeby obejrzeć najnowsze „Listy do M.”, to przydałyby się lampki, ale wina. Najlepiej od razu ze sto.

Lojalnie uprzedzam: to nie jest recenzja przychylna. Jeśli nie życzycie sobie szargania Waszych świętości, to już na tym etapie możecie zakończyć czytanie. Odpowiedź na to, czy warto zobaczyć ten film, czy nie, jest zresztą prosta jak dwa dodać dwa. I brzmi – OCZYWIŚCIE, ŻE NIE.

Natomiast tym, którzy chcieliby się dowiedzieć, dlaczego, już po kolei tłumaczę.

listy do M. 3

listy do M. 3


CHCIELIŚCIE POCZUĆ DUCHA TYCH ŚWIĄT? TO CHCIEJCIE DALEJ

Przede wszystkim, świątecznej atmosfery mamy tu jak na lekarstwo. Ok, Tomasz Karolak znowu przez cały film pomyka w kostiumie świętego Mikołaja, kobiety znowu dostają niechciane prezenty (choć wazonu w tukany z drugiej części i tak nic nie przebije) i znowu w każdym domu stoi przybrana (choćby połamana) choinka. Ach, no i jest też świątecznie przystrojona Arkadia, a kadr z jej wielkim logo udowadnia nam, że lokowanie produktu bywa naprawdę mało dyskretne. Świąteczna jest też w końcu ścieżka dźwiękowa i to, że niemal wszyscy, jak jeden mąż, czekają tutaj na spełnienie swoich najskrytszych marzeń, to jest: na świąteczny cud.

A marzenia mają – co tu dużo gadać – dość skomplikowane. Pracująca w radiu Karolina chciałaby spotkać miłość swojego życia, kilkuletni syn Melchiora pragnie poznać dziadka, a zdradzana przez partnera Zuza – być chociaż czasami bardziej rozumiana. Ach, no i jest jeszcze Karina, ale akurat Karinie marzą się tylko łyżwy i seks.

Czy to są złe marzenia? No skądże! I, jak to bywa zwykle w komediach romantycznych – zwłaszcza świątecznych – prędzej czy później muszą się one spełnić. A to z kolei sprawia, że fabuła już od pierwszych minut jest na wskroś przewidywalna i średnio rozgarnięty widz jest w stanie domyślić się totalnie wszystkiego. Ale nawet i to byłoby do wybaczenia, gdyby po drodze była choć minimalnie ciekawa. Tutaj, niestety, nie jest. Jest za to pełna idiotycznych zbiegów okoliczności i momentami bądź to niczym nieuzasadniona, bądź też absurdalna.

listy do M. 3

listy do M. 3


TO JUŻ WIEMY, CZEMU NIE ZAGRAŁ TU MACIEJ STUHR

Jeszcze gorzej niż fabuła (a jednak, da się!) wypadają przy tym dialogi. Nie wiem, czy pisał je praktykant, gimnazjalista czy obcokrajowiec, ale są tak drętwe i tak nieprzystające do tego, jak ludzie mówią na co dzień, że siedziałam i powtarzałam sobie w duchu, że nie, to się przecież nie dzieje. Naprawdę, nieczęsto czuję tak duże zażenowanie z powodu cudzych błędów, ale tym razem miałam ochotę wcisnąć się mocno w fotel i krzyknąć w głąb sali rozpaczliwe „przepraszam”.

I wiecie, co dziwi mnie w tym wszystkim najbardziej? To, kto w tym zagrał. Tomasz Karolak, Agnieszka Dygant, Piotr Adamczyk, Magdalena Różczka, Borys Szyc, Izabela Kuna, Wojciech Malajkat, Grażyna Szapołowska czy Danuta Stenka to nie są przecież osoby, które po raz pierwszy dostają do ręki scenariusz. To świetni aktorzy, z doświadczeniem i dawno wyrobionym nazwiskiem. Po co im to było? Rozumiem, że zawód jak każdy inny i człowiek wiele zrobiłby dla pieniędzy, ale są jednak pewne granice – mam nadzieję, że taką nieprzekraczalną granicą chociaż dla części z nich będą „Listy do M.” i ich czwarta część.

Natomiast już absolutnie jasne jest dla mnie to, dlaczego w części trzeciej nie zdecydował się zagrać Maciej Stuhr. Jak tylko o tym usłyszałam, od razu wiedziałam, że film musi być naprawdę bardzo, bardzo zły – przecież jak już było się gwiazdą części pierwszej, nie bez powodu okrzykniętej najlepszą polską komedią romantyczną ostatnich 25 lat, to chyba chciałoby się zagrać też w jej kontynuacjach, prawda? Niestety, już część druga okazała się fatalnym rozczarowaniem, o czym Wam zresztą wtedy pisałam. Ale wtedy dało się chociaż powiedzieć: „dobra, film słaby, ale przynajmniej gra w nim młody Stuhr”. Co teraz można powiedzieć? Teraz zostaje nam jedno z dwojga: milczeć albo bluzgać.

listy do M. 3

listy do M. 3


CZY „LISTY DO M. 3” MAJĄ JAKIEŚ PLUSY?

Tak, plus 100 punktów do obciachu. Jest nieśmiesznie, banalnie, nudno i przewidywalnie. Postaci są płaskie, ich charaktery nijakie, a losy tak przypadkowe, jakby twórcy filmu ciągnęli je na zmianę słomkami.  Świąteczny klimat zamyka się głównie w centrum handlowym, a tanie wyciskanie łez każe wątpić, czy ciągle mamy do czynienia z komedią romantyczną, czy może z mało romantycznym dramatem. Bohaterowie zachowują się po prostu głupio, żarty nikogo nie śmieszą, a na ekranie nie pojawia się absolutnie nikt, kto miałby coś ciekawego do powiedzenia. Chociaż, nie powiem – miło mi się zrobiło na widok Andrzeja Grabowskiego i Stanisławy Celińskiej, ale to jednak za mało, aby uratować ten film.

Biorąc pod uwagę to, że przez całe „Listy do M.” nie zaśmiałam się ANI RAZU, to komedia jednak z nich słaba. No i czy to aby na pewno dobry pomysł, aby premierę filmu świątecznego wyznaczać niemal na sam początek listopada? Ok, też zdarzyło mi się już zamówić kubki z napisem „Merry Christmas” i zapuścić ze dwa razy Wham!, ale wypuszczenie do kin takiego filmu zaraz po Wszystkich Świętych aż prosi się o docinek, że przy jednym i drugim atmosfera iście cmentarna.

Ale, żeby nie było – rozumiem, że są ludzie, którym ten film mimo wszystko się jednak spodoba. Którzy mają tak silną potrzebę oglądania ckliwych i durnowatych historii, że nie zauważą nawet, na ilu płaszczyznach ten film jest po prostu zły. I ja ich także, z tych ich potrzebami, szanuję. Natomiast jest mi ogromnie żal, że z takiej perełki, jaką była pierwsza część „Listów do M.”, ktoś mógł zrobić coś takiego. Szkoda, kochani. Tak zwyczajnie, po ludzku, szkoda. No i trochę wstyd.


Dla wciąż zainteresowanych – zwiastun:

Instagram