Legion samobójców: Nie taki zły, jak o nim piszą

Wiecie, na czym polega największy problem „Legionu samobójców”? Na tym, że wszystko, co wypuści DC, komentowane jest w odniesieniu do Marvela. I o ile rozumiem sens zdrowej rywalizacji, o tyle tutaj to się udać po prostu nie może – DC na tle swojego przeciwnika każdorazowo wypada bowiem równie blado, co Polak na plaży pełnej Afroamerykanów. Co nie znaczy, że robi filmy totalnie złe. Natomiast mam wrażenie, że znakomita większość samozwańczych krytyków miała wyrobione zdanie o „Legionie” jeszcze na długo przed tym, jak film wszedł na ekrany kin.

WPROWADZENIE WARTKIE JAK LEKTURA KSIĄŻKI TELEFONICZNEJ

legion 7Oczywiście, że grzechów wyłapać można tutaj sporo, i to już od samego początku (który finalnie i tak okazuje się najlepszy z całości). Oto dostajemy tak podstawówkowe przedstawienie postaci, że podobną dynamiką charakteryzuje się czytanie książki telefonicznej – każdy bohater pokazywany jest po kolei tak, aby widz mógł wiedzieć o nim tych kilka najpotrzebniejszych zdań.

Szału więc nie ma, ale trzyma się to kupy – w końcu mamy do czynienia z kompletowaniem dość oryginalnej drużyny. Samobójcami bym ich jednak nie nazwała, bo jak się ma aparycję aligatora, a na koncie kilka wyroków dożywocia tudzież niefortunne spalenie całej rodziny, to pewnie się już o to życie tak bardzo nie boi i nieco swobodniej na prawo i lewo nim szasta.

suicideZ całej ekipy wybija się cholernie piękna i cholernie seksowna Margot Robbie, której zagrać przychodzi Harley Quinn – mocno postrzeloną kochankę Jokera, która fenomenalnie łączy w sobie całą paletę sprzecznych cech – ma przecież i ogromny urok, i poczucie humoru, a jednak zabija z zimną krwią. Niby jest nieco obłąkana, a jednak zdobywa się na gesty współczucia, a podświadomie marzy o tym, żeby zmyć Jokerowi tę umalowaną na błazna twarz i założyć z nim całkiem normalną, wyposażoną w piękny dom oraz dwójkę dzieci rodzinę. Nic dziwnego, że kamera ląduje ciągle na niej (równie często na buzi, co i na tyłku) – dla mnie Robbie wypada tu fantastycznie i kradnie całe show, tylko… chyba nie o niej miał być ten film? A tak to czasami wygląda.

legion 9Sam Joker jest dość dziwny. Przede wszystkim – wiecznie nieobecny. Poświęcono mu tu tak mało miejsca, że w zasadzie trudno o nim cokolwiek powiedzieć. Od większości krytyków Jared Leto sromotnie obrywa, bo oto pokpił z ikonowych postaci, stworzonych przez Jacka Nicholsona i Heatha Ledgera.

No więc ja bym powiedziała, że na tym polega raczej autorska interpretacja postaci i nic nikomu do tego, że tym razem Joker jest inny. Problem jednak w tym, że jest totalnie nijaki. Bardziej niż czarny charakter przypomina ufarbowanego na zielono Marilyna Mansona, ale popatrzyłabym na niego chwilę dłużej, gdyby tylko dano mu taką szansę. Ocenę bezpieczniej więc zawiesić w próżni – a nuż jeszcze czymś kiedyś zaskoczy?

CAŁKIEM DOBRZE ZARYSOWANE POSTACI

legion 2Wracając jednak do plusów tego jakże nierównego filmu, to świetnie spisał się też Will Smith. Jako Deadshot jest dokładnie taki, jaki powinien. Najbardziej ludzki z całej ekipy, genialny w swoim fachu, sprytny, a jednocześnie do granic możliwości zakochany w córce. Ta co prawda pojawia się może zbyt często, a już finałowa scena z jej udziałem to jakiś szczyt bzdurnej ckliwości, ale samo jej istnienie uwiarygadnia postać i sprawia, że Deadshot ma zupełnie inną od reszty motywację – chce nie tylko przeżyć, ale i wyjść z tej historii jako bohater – nie dlatego, że marzy mu się sława, ale by pokazać dziecku, że jego ojciec jest kimś więcej, niż mordercą na wynajem.

Całkiem sympatycznie wypada też Killer Croc o urodzie nadgniłego aligatora, który odzywa się co prawda rzadko, ale jeśli już, to zwykle dość zabawnie. Diablo z paskudnie wytatuowaną twarzą i jeszcze paskudniejszą przeszłością początkowo strasznie irytuje, migając się od walki, ale jak w końcu puszcza w ruch te swoje płomienie, to choć momentami jest na co popatrzeć. I nawet Boomerang ze swoim zamiłowaniem do jednorożców i biżuterii całkiem pasuje na świra do kompletu. Slipknota z kolei przemilczę, bo pojawia się właściwie tylko po to, by od razu zginąć, a Katana wypadła dla mnie tak marnie, że niech sobie zostanie za tą swoją maską, tak bardzo nie interesuje mnie, kim właściwie jest.

legion 6Całą tą ekipą dowodzi najmniej wyrazisty żołnierz wszech czasów, czyli Rick Flag. Grający go Joel Kinnaman z twarzy podobny jest zupełnie do nikogo, a i charakter ma taki, że nie wiadomo, czy współczuć, czy ignorować. Kolejny bohater, który jest totalnie żaden, a już większe jaja od niego okazuje się mieć dowodząca nim Amanda Waller. Co to jest za kobieta! Wcielająca się w jej postać Viola Davis jest genialna i kompletna – w każdym chyba calu taka, jaka powinna być. Inteligentna, bezwzględna, nieczuła, profesjonalna i zła – co prawda irytuje swoim zachowaniem jak jasna cholera, ale to najlepszy czarny charakter, jakiego ten film w ogóle ma.

KOMPLETNIE NIJAKI WRÓG

Bo i kim jest tutaj ten właściwy wróg? I tu zaczyna się dowcip, bo… nie wiadomo. Jest ich właściwie dwoje. Wróg nr 1 to Enchantress – wiedźma, która ponoć miała być nieśmiertelna, a która weszła w ciało doktor June Moone i finalnie (uwaga, spoiler) dała się… zabić.

legion 3Do tego gra ją Cara Delevingne, której wybór był chyba najgorszym z możliwych – Cara jest tutaj tak drewniana, że odnalazłaby się jako krzesło w Ikei, a grana przez nią wiedźma ma tak pozbawioną wyrazu twarz, że w realnym świecie nie przestraszyłaby nawet Jasia i Małgosi w najczarniejszym lesie. Ale to jeszcze jest nic.

Jest bowiem i brat Enchantress, wróg największy z wielkich, o którym wiemy tylko tyle, że… jest. Nie znamy jego historii, nie ma żadnych cech charakteru, żadnej motywacji. Pojawia się gdzieś w środku filmu, przez połowę zbiera moc, przez chwilę się nawet bije, a później… daje się wysadzić w powietrze. Duch/bóg, czy kim on tam jest.

legion 8Zaiste, kwestia nieśmiertelności obydwu postaci stoi tu więc pod znakiem zapytania, a gdybyście się zastanawiali, jak uporać się z wielkim słupem nieprzyjacielskiej energii, rozsadzającej wszystkie obiekty świata i unoszącej się do nieba niczym wielki piorun, to tu też wystarczy ładunek wybuchowy. Generalnie bomba dobra na wszystko – całkiem jak Amol w czasach naszych babć.

Baty należą się również za montaż, bo film momentami został zbyt chaotycznie pocięty, a i za scenariusz ktoś powinien dostać tępą dzidą w łeb – przez znakomitą większość filmu bohaterowie idą sobie ulicami – nie wiadomo jednak ani po co, ani gdzie. Po prostu idą i jest noc. Rozumiem, że miało być tajemniczo i ponuro, ale wyszło jednak bez sensu. Natomiast nawet podobał mi się ten roztrzęsiony ekran i banda degeneratów w samym centrum uśpionego miasta (właśnie – gdzie, u licha, podczas wszystkich scen walki, podziali się cywile?). Podobała też kolorystyka, zwłaszcza w scenach z Harley, podobała w końcu muzyka, która – choć czasem wybierana chyba trochę na przypał – budowała tutejszy klimat.

MOŻNA PORÓWNYWAĆ, ALE PO CO?

suicide squad plakatDlatego – choć film nie jest wolny od wad – mimo wszystko, naprawdę mi się podobał. Oglądało się to dobrze, czasem nawet zabawnie, a patrzenie na tyłek Margot Robbie nawet mnie sprawiało niewypowiedzianą frajdę. W ogóle całą ekipę zaliczam na plus – ich zwyczajnie, po ludzku, dało się polubić! Relacje między postaciami zostały poprowadzone w ciekawy i nieoczywisty sposób, wszyscy wypadli co najmniej przyzwoicie i poza wspomnianą już Carą Delevingne do żadnego aktora przyczepić się tutaj nie sposób. W przeciwieństwie do reżysera, scenarzysty i montażysty, aktorzy naprawdę dali z siebie wszystko.

Dlatego krzywię się, ilekroć słyszę, jaki to słaby film. Jest kiczowaty, ale ten kicz jest znośny i kontrolowany. Jest niespójny, ale (poza słabym jednak finałem) nie zaważa to na całości. I tak, jest w końcu 100 razy gorszy od filmów Marvela, ale to nie znaczy, że jest zupełnie zły. Dlatego porównywanie tego, co robi Marvel z tym, co widzimy chociażby w „Legionie samobójców”, ma dla mnie podobny sens, co porównywanie rodziny Carringtonów z polską „Rodziną zastępczą”.

Można, ale po co?


Zobacz zwiastuny filmu:

Instagram