„Krocząc w ciemności”: Genialna książka dla poszukiwaczy wrażeń

Lubicie wesołe miasteczka? Te wszystkie gabinety luster, tajemne labirynty i karuzele, od których kręci się w głowie? To teraz wyobraźcie sobie, że taka jest właśnie ta książka. „Krocząc w ciemności” rozpędza się już od pierwszych stron i nabiera takiego tempa, że w pewnym momencie wszystko wydaje się absurdalnie niewyobrażalne. Oczywiście, w pozytywnym tego słowa znaczeniu!

TRZYMAJCIE SIĘ MOCNO

Bo i co powiedzielibyście na atrakcje takie jak zmartwychwstanie stada pcheł, pojedynek z iluzjonistą, ratowanie z opresji rusałki czy trenowanie smoka? A wszystko to w wykonaniu pewnego nieporadnego artysty i złotnika, który zerwał z tradycją rodzinną i postanowił nie parać się jak jego dziadek włamywaniem? Otóż artysta ten jest także dyrektorem dość osobliwego cyrku. Cyrku, który – by móc żyć – musi regularnie… ssać jego krew. Bo o pchlim cyrku oczywiście mowa.

Jeśli na tym etapie fabuła wydaje się Wam dość postrzelona, to zapewniam, że dalej będzie tylko lepiej. Leonie Swann dała tu bowiem taki popis wyobraźni, że ciężko odróżnić sen od jawy, a magię od rzeczywistości. Wszystko to zazębia się tu i przeplata, wszystko wydaje tak samo prawdziwe i tak samo zmyślone.

Trochę to więc jak „Alicja w Krainie Czarów”, trochę też jak „Harry Potter” – a zatem książka idealna dla wszystkich tych, którzy poza samą przyjemnością lektury cenią sobie także tempo dostarczanych nam przez nią wrażeń.

ŚMIERĆ WSZYSTKIM PCHŁOM

Otóż rzecz zaczyna się w momencie, kiedy Julius Birdwell, wspomniany już pchli dyrektor, zostawia pałac swoich podopiecznych zaraz za swoimi drzwiami, na lekkim jednak mrozie. A pchły, choć łatwe w utrzymaniu i niewiele do szczęścia potrzebujące, żyć nie potrafią bez ciepła. Padają więc wszystkie jak jeden mąż, a wraz z nimi pada – czy raczej wpada – sam Julius. Konkretnie to wpada do rzeki, skąd zostaje cudem uratowany. Niestety, warunkiem ocalenia jest odnalezienie i uratowanie pewnej tajemniczej panny. Tylko kim ona jest? Dlaczego ma kłopoty? I czemu życie uratowała mu… rusałka, jej siostra?

propozycjaIm dalej w las, tym ciemniej, bo oto Julius poznaje dość osobliwego detektywa. Detektyw ten regularnie chodzi na sesje, pomagające mu wymieść co drażliwsze tematy z jego własnej pamięci. Ostatnim zleceniem, jakie dostał – i z jakiego zresztą się nie wywiązał – było odnalezienie… zielonego legwana. No ale jak czas pokaże, nie takie cuda spotka on jeszcze na swej detektywistycznej drodze.

I kiedy biedny Julius dwoi się i troi, żeby jakoś to swoje życie w tym chaosie ogarnąć, poznaje niejaką Elizabeth Thorn. Ot, normalna dziewczyna – tyle, że z rogami. A raczej ze śladami po nich. I pewnie Julius posłałby ją w cholerę, gdyby nie to, że wie, jak przywrócić do życia jego ukochane pchły. Tylko dlaczego najpierw upiera się, żeby odwiedzili pewne muzeum?

W toku wydarzeń nie zabraknie też szalonej starszej pani, która – choć nie ma prawa jazdy – zdecydowała się na uprowadzenie ciężarówki, a także gromady przedziwnych istot, które zamiast ludzkimi szczątkami czy innymi okropieństwami, zadowalają się… miseczką mleka. Naprawdę, tutejsza akcja pędzi na złamanie karku, a bohaterowie prześcigają się pod względem swoich cech i umiejętności.

NIE MA CZASU NA NUDĘ

„Krocząc w ciemności” jest więc książką szaloną, nieobliczalną, nieco wręcz dziwaczną. Ale nie myślcie, że rzecz dzieje się w jakiejś czarodziejskiej krainie, a Wy do czynienia macie z bajką. Nic bardziej mylnego. Oto akcja toczy się we współczesnym Londynie z tym jednak zastrzeżeniem, że równie prawdopodobne jest tu spotkanie szajki włamywaczy, jak i sfinksa o nagich piersiach.

Czy to się jakoś ze sobą kłóci? Absolutnie nie! Ba, zapewniam, że nawet nie ma się kiedy nad tym zastanawiać, bo autorka nie zostawiła nam czasu na nudę. Poszukiwanie kolejnych tropów i rozwiązywanie zagadek dostarczają tutaj całkiem przyjemnej adrenaliny, a bohaterowie – choć nieco zbzikowani – to jednak tego typu, że lubić się ich da. I chociaż ich liczba jest tak imponująca, że momentami wdziera się tu chaos, to kto niby powiedział, że smoki i rusałki miałyby cenić jakiekolwiek porządki?

Dlatego jeśli szukacie lektury lekkiej, barwnej i zabawnej, to to jest właśnie to. „Krocząc w ciemności” nie jest może tytułem z najwyższej półki, ale czytadło z niego pierwszorzędne. Odstresowuje, zapewnia świetną rozrywkę i tak umiejętnie żongluje ironią, groteską i humorem, że nie żal mi ani minuty, spędzonej nad tą książką. Atmosfera panuje tutaj jak w nieco strasznej baśni, a gatunkowo znajdziecie tu sporo z kryminału, komedii, a nawet i thrillera. Mieszanka to więc mocno wybuchowa, ale finalnie – diabelnie jednak dobra.


snapUWAGA!

 A jeżeli chcesz, żebym czasem poprawiła Ci humor, to wbijaj na Snapchata. Niestety, nazywam się tam mało zabawnie, czyli tak, jak zawsze. To smutne, bo już sobie wymarzyłam, że nazwę się Panda Anda. Ale nazwy użytkownika nie da się chyba zmienić i na zawsze pozostanę już sobą. Okropna rzecz.

Natomiast po tylu namowach przestałam wreszcie zapierać się jak żaba błota i tłumaczyć, że jestem za stara na Snapchat. 

Na ptasie mleczko też jestem trochę za stara, a znowu zjadłam pół pudła. Yo!

Instagram