Kapitan Ameryka: Wojna bohaterów, rozterka fanów

Wiecie, za co uwielbiam produkcje Marvela? Pomijając genialne fabuły i mistrzowsko skrojone postacie, także za to, że po cichutku w każdym z bohaterów można się podkochiwać. Nieważne, czy jest to Steve Rogers o śnieżnobiałym uśmiechu, pyskaty Tony Stark z ego o zasięgu bomby atomowej czy boska Black Widow, co do której wciąż nie wiem, co ma piękniejsze – twarz czy pośladki. Natomiast ta sielanka i beztroskie szastanie miłością nie mogło jak widać trwać długo – bo oto Marvel rzucił nam historię, w której trzeba dokonać wyboru i wbrew wcześniejszym słabościom opowiedzieć się po jednej ze stron. Nie bez bólu serca, rzecz jasna.

O TYM SIĘ NIE MÓWI

Chwała Marvelowi za to, że konflikt narasta tutaj powoli i jest naprawdę dobrze umotywowany. Zamiast poróżnić ze sobą bohaterów z przyczyn osobistych, wytoczył w ich kierunku znacznie cięższe działo. Oto świat ma dość, że w wyniku ich działań stale giną… cywile. Tak, tak. Za każdą sensacyjnie przeprowadzoną akcją, od poczynań nieobliczalnego Hulka aż po dramat Sokovii, stała bowiem niechlubna statystyka.

scarlettChociaż nasi superbohaterowie każdorazowo ocalali ludzkość, nie zabrakło przecież takich jednostek, które – zupełnie bez winy – jednak śmierć poniosły. I po kolejnej takiej wpadce, gdzie po starciu ze zbirami Crossbonesa setki ludzi straciły życie pod gruzami wysadzonego w powietrze budynku, zareagować postanowiło samo ONZ.

Otóż nagle okazuje się, ludzkość w nosie ma opiekę superbohaterów, od których poczynań sama regularnie ginie. To zaś, co dla jednych jest bohaterstwem, dla innych stało się… zwykłą samowolą. A jak samowolę ukrócić? Oczywiście, odbierając Avengersom decyzyjność i komfort stanowienia o sobie. Odtąd wszyscy działać mają tylko i wyłącznie z rozkazu ONZ, a dokument, który układ ten ma pomóc wcielić w życie, staje się przyczyną gigantycznego konfliktu.

#TEAMCAP CZY #TEAMIRONMAN

Od tego momentu nasza ekipa dzieli się na dwa obozy – na tych, którzy są w stanie nowy porządek rzeczy zaakceptować i mimo wszystko dokument podpisać oraz na tych, którzy nade wszystko cenią sobie wolność, a jakiekolwiek próby sformalizowania postrzegają jako dobrowolne założenie kajdan. Tym sposobem po jednej ze stron staje Iron Man, po drugiej zaś – Kapitan Ameryka. Opowiedzenie się za którymś z nich jest tym bardziej trudne, że obaj mają swoje racje i obaj dotąd dawali z siebie 100 procent. No i obaj są do tego diabelsko bystrzy, zdolni i przystojni.

tonyI choć bardzo, bardzo chciałabym obstawać przy uwielbianym od zawsze Tonym Starku, to przyznać muszę szczerze, że w tym filmie trochę go nie poznaję. Gdzie się podział ten bezczelny, arogancki, pewny siebie i ciskający ripostami Stark? Gdzie Iron Man, jakiego wszyscy kochamy? Tym razem to raczej zmęczony życiem, nieco zgorzkniały i stetryczały facet po czterdziestce, który najlepsze w życiu już przeżył. Ba, który nadal nie przepracował jednej z największych swoich traum, co w finale odbierze mu rozum i każe okładać się na ślepo z dawnym przyjacielem (to żaden spoiler, macie to na zwiastunach).

Tym korzystniej wypada więc Kapitan Ameryka, który – choć także nie bez wad – mimo wszystko jest tu konsekwentny. Nie pozwoli skrzywdzić przyjaciela z przeszłości, który wciąż pamięta, jak miała na imię jego matka, oraz jak wypychał sobie buty gazetami. Bucky Barnes, bo o nim mowa, znany już wcześniej jako Zimowy Żołnierz, wcale nie jest tu jednak głównym zarzewiem konfliktu. To raczej iskierka, która podpala lont, ale ładunek jest zupełnie inny. I teraz pytanie – będziesz w stanie opowiedzieć się po którejś ze stron?

IDZIE NOWE

Żeby jednak nie przywiązywać się zbytnio do dwóch dobrze znanych postaci, twórcy filmu zarezerwowali też czas na kolejne. Swoje pięć minut ma tutaj właściwie każdy, począwszy od uroczego Visiona zdolnego przechodzić przez ściany, aż po niebezpieczną, choć nieco zagubioną Scarlet Witch. Także Bucky wypada tu bez zarzutu, a jeśli już do kogoś należałoby się przyczepić, to byłby to z definicji chyba tylko czarny charakter, czyli niejaki Zemo. Niespecjalnie wybitnie wykreowana została tutaj ta postać i choć Daniel Brühl wydaje się grać poprawnie, to ani nas on ziębi, ani grzeje. Ot, jest, bo musiał przecież być.

panteraNie lada niespodzianką jest jednak pojawienie się trzech nowych bohaterów. Pierwszą z nich jest Black Panther, czyli syn przywódcy fikcyjnego afrykańskiego państwa Wakanda. Po tym, jak zabito mu ojca, postanawia się zemścić – niezależnie od ceny, jaką przyjdzie mu za to zapłacić. Motywacja to więc całkiem oczywista, a i kreacja niezwykle ciekawa.

Z jednej strony inni bohaterowie podśmiewają się bowiem z niego, że co to ma być za kot, z drugiej zaś bije od niego taka dostojność i stanowczość, że za każdym razem jego pojawienie się jest naprawdę odczuwalnym powiewem świeżości. Jak przystało na członka rodziny królewskiej, T’Challa ma nienaganne maniery i super drogie zabawki, a do tego jego postać została tak poprowadzona, że już od pierwszego spojrzenia lubić zwyczajnie się da.

KTO KRADNIE CAŁE SHOW?

Szacunek także za Ant-Mana, za którym specjalnie nie przepadam, a który ma tu jedną, za to mistrzowską jednak scenę. Mowa oczywiście o słynnym starciu na lotnisku, kiedy dwie ekipy zaczynają napierać na siebie. Po jednej ze stron staje wówczas on – mocno odstający, trochę gubiący się w możliwościach własnego kombinezonu i dowcipkujący w tatusiowym stylu Scott Lang. Żeby nie zdradzać za wiele nie powiem Wam, czego w tym filmie dokona, ale wierzcie na słowo, że scena z jego udziałem jest jedną z najlepszych w całej produkcji.

spidermanNa tym jednak nie koniec –  jest jeszcze ktoś, kto pojawia się co prawda dosyć niezdarnie, a i tak kradnie całe show. Mowa oczywiście o Spider-Manie i to takim, jakiego wielki ekran jeszcze nie widział. Naprawdę, ciężko wyobrazić sobie lepsze stworzenie tej postaci. Młodziutki Tom Holland jest dokładnie taki, jaki powinien być – nieco niezdarny, nieopieprzony, przestraszony i do tego cholernie gadatliwy – nawet w niekoniecznie sprzyjających rozmowom scenach walki.

Tym samym świetnie spuszcza z całego filmu napięcie, a kulminacyjna scena pojedynku superbohaterów nabiera z nim zupełnie nowego wydźwięku. Nie ma pompy, nie ma patosu, jest za to szalenie zdolny dzieciak, jakiego do swojej drużyny sprytnie zwerbował Tony Stark. Aż chce się czekać na zupełnie nowy film, mówiący już tylko o Spider-Manie.

PODSUMOWUJĄC: DO KINA MARSZ

To, co troszkę zasmuca, to że pełna rozmachu i mistrzowsko nakręcona scena starcia na płycie lotniska tak mocno zaniżyła wydźwięk finału. Niespecjalnie przekonywujący, oparty na emocjach i wydarzeniu sprzed lat, wydaje się jednak nie najszczęśliwiej umotywowany. Jest tu już sporo patosu i trochę naiwnego tłuczenia się po hełmach, natomiast i tak nie wypada to źle. Gorsze, co można było zrobić (i co często robi się w takich filmach), to pogodzić bohaterów, żeby zjednoczyli siły i jak jeden mąż uderzyli we wspólnego wroga. Tutaj Marvel szczęśliwie się do tego nie uciekł, więc i tak bilans wypada na plus.

lotniskoDlaczego więc warto iść do kina na ten film? W zasadzie, dla wszystkiego. Dla świetnych bohaterów, doskonale poprowadzonej historii, wspaniałych scen walki, różnorodnych scenerii i solidnej porcji wyrafinowanego żartu. „Kapitan Ameryka: Wojna bohaterów” jest bowiem filmem kompletnym – równie dobrym, jeśli nie lepszym nawet od „Zimowego żołnierza”, wspaniale pomyślanym i równie dobrze zrealizowanym.

A jeśli żaden z tych argumentów nie robi na Tobie wrażenia, to ja tylko przypomnę – Vision naprawdę chodzi tu w swetrze.


Dla tych, którzy jeszcze nie widzieli – zwiastuny filmu:

Instagram