Ciemniejsza strona Greya: Dlaczego nie musi Ci się podobać ten film?


Zimowa wyprzedaż w Zalando! Rabaty do -70%


Słabo mi się robi, ilekroć kolejna osoba utyskuje, że poszła do kina na TAKI zły film. Od razu mam bowiem ochotę zapytać: czytałaś książkę? Widziałaś w kinie pierwszą część? Przeczytałaś choć jedną recenzję? A może poświęciłaś dwie minuty, żeby obejrzeć choć zwiastun?

Na litość boską – koń jaki jest, każdy widzi. „Ciemniejsza strona Greya” już z założenia nie miała być produkcją wybitną, nad którą rozpływać się będę recenzenci, jurorzy festiwali czy chociaż domorośli krytycy. Było to widać już przy części pierwszej, widać jest zresztą i teraz – po obsadzie, dialogach, scenariuszu. Po TOTALNIE wszystkim. Bo tak naprawdę nikogo nie obchodzi, czy to jest dobry, czy zły film. Ważne, żeby spełniał jedno, jedyne kryterium, a mianowicie: przyciągał do kina i się kobietom podobał.

Czy mu się to udało? Spójrzcie tylko na to, przez ile miesięcy i w ilu krajach książka E. L. James biła rekordy sprzedaży. Przypomnijcie sobie o tych 560 milionach dolarów, jakie „Pięćdziesiąt twarzy Greya” zarobiło tylko w 2015 roku – zaraz po tym, jak weszło do kin. I jeśli ktoś zaraz powie, że kasa nie jest miernikiem sukcesu, to ja go chętnie oświecę: ależ oczywiście, że jest! W tym interesie, jak i każdym innym, liczą się założenia – jedni robią kino po to, żeby jeździć z nim po światowych festiwalach, inni chcą zgarnąć Oscara, jeszcze inni – po prostu dobrze zarobić. Nie wszyscy chcą zbawiać świat i zapisywać się na kartach historii. Są tacy, którym wystarczy szampan, truskawki i na przykład jacht.

Poza tym, nie oszukujmy się, ale krytyka jest cholernie łatwa. Jeśli ktoś toczy bekę z filmu na kilka dni przed jego premierą i później wyzłośliwia się w tekście czy komentarzu na fejsie, to mam ochotę zapytać: to po coś tam szedł? Ja, jak wiem, że na niedzielny obiad muszę mieć krwisty stek, to nie idę do knajpy z wegeburgerami. A już na pewno nie po to, żeby ją później publicznie krytykować, bo „zupełnie przypadkiem” jej menu nie wpisało się w mój wyrafinowany gust.

Zamiast tego wypadałoby się raczej zastanowić, co ma w sobie takiego ten film, że – nawet po katastrofalnej części pierwszej – pozwala zarabiać swoim twórcom miliony. I tutaj odpowiedzi jest kilka.


Po pierwsze, sukces tego filmu jest naturalnym przedłużeniem sukcesu książki

Nie oszukujmy się – książka też była zła! O, jak bardzo ona była zła. Za pierwszym razem dobrnęłam do – zdaje się – 120. strony i wciąż nie działo się NIC. Ba, Anastasia wciąż przygryzała wargi, doprowadzając mnie do wściekłości. Toporny język, fatalnie skrojone dialogi i kompletny brak fabuły skutecznie uniemożliwiły mi więc dalsze czytanie. Natomiast liczę się z tym, że nie wszystkim odpowiadać musi literatura – że tak powiem – wybitna. A biorąc pod uwagę obecne statystyki czytelnictwa, śmiem zaryzykować tezę, że lepiej, żeby Polacy czytali tego typu powieści, niż nie czytali już wcale.

Ciemniejsza strona Greya


Po drugie, i film i książka budzą namiętność w kobietach

Nie, niekoniecznie w tych „młodych, pięknych i z wielkich ośrodków”, ale też w tych typowych paniach Halinkach z niewielkich miejscowości, których Heniek jak przynosi do domu kwiaty, to najpewniej dlatego, że zaraz wybiera się na czyjś pogrzeb, a jak kupuje perfumy, to tylko dlatego, żeby letnią porą zamaskować smród. Ewentualnie też dlatego, że akurat była na nie w Tesco promocja. I niestety, ale takich Heńków nadal dookoła jest masa. I tak długo, jak długo oni dookoła nas będą, tak długo wrażenie będzie robił na kobietach bogaty, elegancki oraz władczy Grey. Swoją drogą, inny to jednak rozkaz, kiedy facet każe Ci wsiąść ze sobą do helikoptera, a inny, kiedy każe sobie podać pilota. Oczywiście, do telewizora.


Po trzecie, kobiety naprawdę lubią dostawać drogie prezenty

I nie, to nie jest interesowność, zachłanność ani prostytucja. To zwykła radość z bycia obdarowywanym. I jasne, że cieszyć można się też z rzeczy skromniejszych niż najnowsze gadżety Apple’a, natomiast nie zmienia to faktu, że chyba każdy wolałby Macbooka niż kolejny sweter. Poza tym, jakoś tak się przyjęło, że wartość prezentu uzależniona jest często od majętności obdarowującego. Sama, gdyby tylko było mnie na to stać, kupiłabym swojemu facetowi choćby najbardziej odjechane auto. I nie, nie dlatego, że nagle stałabym się szastającym kasą na prawo i lewo snobem, traktującym go jak swoją wartość, ale po prostu dlatego, że wiem, że marzy mu się Aventador. Co absolutnie nie zmienia faktu, że nie mając żadnego auta, też jesteśmy wystarczająco szczęśliwi.

Ciemniejsza strona Greya


Po czwarte, pieniądze potrafią robić na nas wrażenie

I to nie dlatego, że to zwykły papier. Ale dlatego, że bardzo często to także wyznacznik sukcesu. Christian to nie syn bogatego ojca, który ledwie układa w zdania słowa. To cholernie inteligentny gość, któremu w osiągnięciu kariery nie przeszkodziła fatalna przeszłość, w tym matka-narkomanka i jej partner-oprawca. To w końcu milioner, o którym mówią wszystkie media, czarujący i charyzmatyczny. I dlatego jego pieniądze robią takie wrażenie. Nie dlatego, że te głupie baby przed ekranami już widzą siebie na wyprzedażach, jak wydają cały ten jego hajs. Ale dlatego, że Christian im imponuje. Imponuje im jego przedsiębiorczość, imperium i autorytet, które wyrażają się w lataniu helikopterami czy zamieszkiwaniu w oszałamiająco drogich wnętrzach. Bo w pieniądzach liczy się nie tylko to, co ktoś może z nimi zrobić – ale też to, ile musiał się w życiu napracować, żeby je najpierw zarobić.


Po piąte, niektóre kobiety naprawdę lubią, jak facet dominuje

Jak na przykład ja. Oczywiście, że wszem i wobec lepiej jest wygłaszać dzisiaj teorie o równości i partnerstwie, ale są kobiety, dla których facet po prostu musi mieć autorytet. Który zawsze ma swoje zdanie i gdy trzeba, to przytaknie, ale innym razem też huknie. I to ani trochę nie kłóci się ani z szacunkiem, ani z miłością, ani też ze wspomnianym partnerstwem. Pewnie, że jest pewna granica dominacji, po przekroczeniu której sytuacja może zrobić się mało zdrowa, ale to działa w dwie strony – we wcześniejszych związkach to ja wchodziłam większości facetów na głowę. Dlatego rozumiem te wszystkie kobiety, nabierające na widok zimnego spojrzenia Greya czerwonawych rumieńców – może nie aż do tego stopnia, co one, ale ulegałabym, no.

Ciemniejsza strona Greya


Po szóste, Jamie Dornan ma nieprzyzwoicie genialne ciało

O, i niech tu zaraz ktoś powie, że nie dość, że baby lecą na kasę, to jeszcze na mięśniaków z siłowni. Ale wiecie, czego dowodem w tym przypadku są mięśnie? Hartu ducha. Konsekwencji. Ciężkiej pracy nad sobą. I determinacji. Czyli dokładnie tego, czego znakomitej większości ludzi (nie tylko mężczyzn) naprawdę dzisiaj brakuje. Potwierdzają to zarówno statystyki, dotyczące otyłości, jak i popularność programów Ewy Chodakowskiej. A także zwyczajna obserwacja, dokonywana w centrach handlowych czy choćby na ulicach. Sama jestem raczej szczupła, ale to na pewno nie jest ciało w stylu fit – i wiem, że wynika to w 1/10 z braku czasu, kolejnej 1/10 z braku nawyku, a w 8/10 jednak ze zwykłego lenistwa. I dlatego tak, imponuje mi, kiedy ktoś wspaniale potrafi o to swoje ciało zadbać.


Po siódme, to naprawdę wygodne, kiedy ktoś może za nas decydować

Nie wiem, czy znacie ten schemat. Umawiacie się w knajpie z parą znajomych, czekacie 20 minut na złożenie zamówienia, w końcu przychodzi kelner, a tamtych dwoje przerzuca się hasłami: „nie, dzisiaj Ty wybierz”, „nie, dzisiaj Twoja kolej”, „misiu, misiu, ja nie wiem”. No szlag człowieka trafia. Kiedy sama byłam kelnerką, najbardziej nienawidziłam odpowiedzi w stylu „obojętnie”, „bez różnicy”, „jak pani da” czy „proszę zdecydować”. Dlatego nie bulwersuje mnie scena, w której to Christian decyduje w restauracji za Anastasię (tym bardziej, że sorry, ale dopiero mówiła, że jest głodna, a kiedy on prosi o dwa steki, ta rzuca, że woli komosę – serio, komosę?), ani ta, w której – wbrew jej wyraźnej niechęci – przelewa na jej konto 24 tysiące. Zawsze może je przecież przelać dalej, na cele charytatywne (co ostatecznie i tak robi), a w końcu mówimy o kobiecie, którą roluje nawet przyjaciel, umieszczając jej fotografie na własnej wystawie i nie pytając jej wcześniej o zgodę. Widać, to nie tyle Christian jest autorytarny, co za Anastasię inni zwykli decydować.

Ciemniejsza strona Greya


Po ósme, ten film naprawdę nie musi mieć ani trochę sensu

Bo i tak jego docelowemu odbiorcy w ogóle to nie przeszkadza. Tak, poziom wyeksponowania jachtu był w tym filmie komiczny – podobnie jak fakt, że jakaś szara myszka przedostała się do najpilniej pewnie strzeżonego w całym mieście garażu. Tak, to nienormalne, że Christian wybiera sobie do seksu kobiety podobne do jego własnej matki i tak, scena wypadku helikoptera zalicza się do najgorszych i najbardziej bezsensownych w historii światowego kina. I tak, tutejsze dialogi bywają momentami tak głupie, że człowiek zastanawia się, czy aby się nie przesłyszał. Natomiast podstawowe pytanie brzmi: no i co z tego? To miał być łatwy w odbiorze film o seksie, uzależnieniu i dominacji. O luksusie i pięknych, pławiących się w nim ludziach. I o tym wszystkim jest.


Po dziewiąte, nie każdy ma taki seks, jaki lubi

To super, że nagle wszyscy okazują się tacy wyzwoleni i mają tak bogate życie seksualne, ale idę o zakład, że na każdy rząd w kinie przypadło co najmniej kilka, jeśli nie kilkanaście osób, spośród których żadna… wcale go nie ma. Może niektórych on więc ośmieli, czegoś nauczy, stanie się jakąkolwiek inspiracją. Nie wszystkie pokolenia wychowały się na RedTube’e, nie wszyscy liznęli choćby Wisłocką. A siedząc z pozycji uprawiającego wolny seks dwudziestolatka naprawdę jest łatwo oceniać. Dlatego powtarzam: nie wszyscy mają w życiu tyle szczęścia. Otwartości. Odwagi. Szczerze wierzę, że wiele kobiet wyciągnęło swoich facetów na ten film nie dlatego, że nie miało lepszego pomysłu na spędzenie walentynek, ale dlatego, że chciałoby mieć po prostu bardziej urozmaicony seks. A niekoniecznie wie, jak ma to tym swoim panom powiedzieć.

Ciemniejsza strona Greya


Po dziesiąte, ludzie naprawdę chodzą do kina dla zwykłej rozrywki

Nie wszyscy cenią sobie ambitne kino, nie wszyscy chcą się chłostać wielkimi produkcjami. Nie wszyscy potrafią w końcu docenić (czy choćby zrozumieć) każde arcydzieło światowego kina. I choć sama niezbyt często odwiedzam multipleksy i cenię sobie przede wszystkim kino festiwalowe, niszowe, to też odczuwam potrzebę zwyczajnego odstresowania się, zrelaksowania, czy – mówiąc językiem gimbazy – zwykłego odmóżdżenia. I też wolę wtedy usiąść przed kolejnym wysokobudżetowym gniotem i naprzemian śmiać się/płakać/ekscytować i objadać popcornem, niż zaliczać kolejny film, nad którym pieją krytycy, a o którym przeciętny Kowalski nigdy w życiu nie słyszał. Dlatego nie, nie poszłam na ten film dla beki. Nie poszłam tam też jako jego fanka. Byłam po prostu ciekawa. I choć uważam, że jest wyjątkowo słaby i zły, to nie dziwi mnie jego fenomen.

Natomiast wyśmiewanie tych, którzy chodzą do kina na Greya jest dla mnie dokładnie na tym samym poziomie, co wyśmiewanie ludzi, którzy wolą ruskie pierogi od sushi.


A dla niezdecydowanych – zwiastun:

grupa na fb fajne dziewczyny
ikona zapisu do newslettera

Instagram