Bridget Jones 3: Wciąż niezdarna, wciąż samotna, ale za to… płodna!

Już, już wydawało Wam się, że stara, poczciwa Bridget znalazła ukojenie u boku zdystansowanego, acz szalenie dżentelmeńskiego Marka Darcy’ego? Że uwili sobie gniazdko gdzieś na zacisznej wsi, porankami piją kawę na drewnianym tarasie, a wieczorami wtulają się w koce przy świetle ogrzewającego ich stopy kominka? O, jak bardzo byliście w błędzie!

bri8Oto bowiem Bridget znowu jest sama. Widzimy ją po 12 latach przerwy, w wieku całkiem poważnych, 43 lat. Natomiast świętować postanawia je na swój własny, niepoważny sposób – wbijając urodzinową świeczkę w mało okazałego muffina. A wszystko to przy głośnej muzyce, walającej się dookoła bieliźnie, średnio atrakcyjnym wdzianku i przelewającym się przez palce winie.

Zapytacie: co poszło z Markiem nie tak? A któż to wie! Ot, różnica charakterów. Efekt natomiast jest taki, że Bridget mocno się wzięła za siebie. Pewnie, że wciąż daleko jej do klasycznej piękności, a przesadnie zaróżowione lica wciąż rzucają się w oczy z odległości kilometra, ale za to zrzuciła nieco kilogramów i – jak na ryczącą czterdziestkę – prezentuje się naprawdę świetnie. Dość ma jednak seksualnej posuchy, na którą z własnej woli sama się przed laty skazała. Toteż – nie myśląc wiele – rusza z przyjaciółką na pewien plenerowy festiwal. W planach: muzyka, alkohol i seks. Z pierwszym mężczyzną, jakiego na swojej drodze spotka.

IDEAŁ SIĘGNĄŁ… BŁOTA

O jak wielkie musiało być jej zdziwienie, kiedy eleganckie szpilki dostojnie wbiły się w błoto, pozbawiając ją równowagi i taplając jej nieskazitelnie biały strój w pierwszorzędnym bagnie. Na szczęście wtedy pojawił się on – mężczyzna jak marzenie, szarmancki i pomocny, z którym jeszcze tego samego dnia rozochocona Bridget postanowi spełnić swoje zrywające z seksualną abstynencją postanowienie.

bri14A przyznać jej trzeba, że i gust ma dobry, i szczęścia niemało – spotkanie z cholernie przystojnym Jackiem Qwantem kończy się dopiero rankiem, a on sam okazuje się… zarabiającym miliony wynalazcą algorytmu miłości. Aż człowiek żałuje, że nigdy nie był na żadnym festiwalu! Była za to Bridget i był też ten tak długo wyczekiwany przez nią seks.

W sumie: no i dobrze, kto jej zabroni? Tylko widzicie, Bridget nie byłaby sobą, gdyby nie dorzuciła nieco do pieca. Tym bardziej, że pech chce, że na horyzoncie co chwilę pojawia się znowu pan Darcy – a to przychodzi na pogrzeb Daniela Cleavera, gdzie wymieniają kilka zdań i mocno krępujące spojrzenia, a to trzyma do chrztu to samo dziecko, co Bridget i zaprasza ją na spacer, który – jak na każdy romantyczny spacer przystało – po chwili kończy się w łóżku.

bri7I nie bójcie się, że zdradzam Wam tutaj za dużo – dopiero od tego momentu akcja się tak naprawdę zaczyna. Jak to możliwe? Ano tak, że rezolutna Bridget celem zabezpieczenia się przed ewentualną ciążą sięgnęła na samo dno torebki, z którego odkopała niepierwszej świeżości… ekologiczne prezerwatywy. Które, jak możecie się domyślić, zjawiskowo zawiodły.

Podsumowując zatem samiuśki początek filmu: jest jedna matka, jedno dziecko, tylko ojców jakby dwóch.

KTO SIĘ PIĘKNIEJ ZESTARZAŁ

Czy mógł się udać taki eksperyment? Ano pewnie, że mógł! Najnowsza „Bridget Jones” jest więc całkiem udaną komedią romantyczną, która co prawda sięga po wzorzec raczej znany (ani to trójkąty miłosne nie są w kinie nowe, ani tym bardziej w życiu brak świadomości, kto zostanie ojcem), a jednak realizuje go z właściwym sobie wdziękiem.

bri13Pewnie, że jest do bólu przewidywalnie, a Bridget przez cały film jest dokładnie taka sama, to jest totalnie niezdecydowana, zapominalska, roztrzepana i gapowata i nawet jako wydawca telewizyjnych wiadomości potrafi zrównać pomysł na program z ziemią, ale jednak lubi się ją tak, jak lubiło od pierwszej części, czyli od początku.

Jest też przy tym poczciwa, naiwna, niezdecydowana. Nie wzbija się na intelektualne wyżyny i mimo zaawansowanego wieku nadal potrafi mieć w sobie tyle gracji, co koparka na placu budowy. Ale na tym polega jej urok. To nie jest szczupła diva, z którą nie sposób się identyfikować. Choć już i nie grubiutka kluska, która wciskała tyłek w obrzydliwe, elastyczne gacie.

bri12Metamorfoza udała się więc na tyle, by ukazać progres, a jednak nie była na tyle spektakularna, by fanki poczuły się zawiedzione. Chociaż ja sama pretensję mam jedną – Renée Zellweger ma w tym filmie mimikę, którą można by określić mało uprzejmym mianem „o jedną operację plastyczną za dużo”. Nie wszystko działa na tej twarzy tak, jak powinno, przez co Bridget ma często (pytanie, czy zamierzony) dość idiotyczny wyraz twarzy.

PRAWDZIWE WULKANY MAMY TU PRZYNAJMNIEJ DWA

Pięknie za to postarzał się grający Darcy’ego Colin Firth – ileż w nim jest elegancji! Mówi chyba jeszcze mniej, niż wcześniej, ale jak pięknie świadczą o nim jego czyny! I jak doskonałym jest przeciwieństwem dla energicznego i charyzmatycznego Patricka Dempsey’a, grającego Qwanta. Obaj przystojni, ale różni jak ogień i woda. Qwant przebojowy, romantyczny, dowcipny, żywiołowy. Mark – spokojny, opanowany, zdystansowany, wyczekujący. A jednak jaka między nimi jest chemia! Tak naprawdę, przy nich dwóch Bridget schodzi gdzieś na drugi plan. Niby to ona jest w ciąży i wokół niej wszystko powinno się kręcić, a jednak przez cały seans towarzyszyło mi nieodparte wrażenie, że to nie do niej ten film należy.

bri6Najbardziej moje serce skradła jednak Emma Thompson, pojawiająca się w roli zgryźliwej lekarki. Cyniczna, początkowo chłodna, bystra, a przy tym obdarzona fenomenalnym poczuciem humoru dr Rawlings jest po prostu petardą! Każda scena z jej udziałem to majstersztyk gatunku, każde jej zdanie, każde spojrzenie, każdy gest – to wszystko aż się spija z ekranu!

A i Sarah Solemani w roli przyjaciółki Bridget spisała się znajomicie. Odgrywana przez nią Miranda jest najpewniej najbardziej szaloną i nieprzewidywalną prowadzącą, jaką widziała telewizja. Nikt tak artystycznie nie położył chyba dotąd wywiadów, nikt też nie wybrał się na podróż dmuchaną kulą z samym Edem Sheeranem. Kolejna kobieta-wulkan, spontaniczna i nieobliczalna. I za to filmowi należy się ogromny plus – każda tutejsza postać okazuje się trafionym w samą dziesiątkę strzałem.

JAK TO W BAJCE, BĘDZIE SZCZĘŚLIWE ZAKOŃCZENIE

Wszystko to sprawia, że losy Bridget śledzi się naprawdę przyjemnie. Może ta historia nie wyrywa z butów, może ścieżka dźwiękowa przyprawia czasem o niekontrolowane przewracanie oczami, może w końcu główna bohaterka denerwuje swoim poziomem nieodpowiedzialności, ale finalnie produkt wychodzi z tego całkiem dobry. Zwłaszcza druga połowa filmu nam się konkretnie rozkręca, tym bardziej, że zajęci jesteśmy obserwacją walki kogutów, czy – jeśli ująć to bardziej dyplomatycznie – nieustającym staraniem się panów o względy ciężarnej Bridget.

bri11Okazuje się bowiem, że ojcem chce być każdy. I stroniący dotąd od związków milioner, i wiecznie pochmurny pan Darcy. Obaj poczuli się nie tylko do roli opiekuna i męża, ale i ojca, i obaj gotowi są sobie nawzajem oczy wydrapać, byle Bridget właściwie wybrała. Natomiast to, co zostało rozegrane tu świetnie, to brak podziału na dobrych i złych. Każdemu z nich naprawdę się kibicuje! Każdego lubi i za każdego trzyma kciuki, choć nietrudno zgadnąć, na kogo Bridget ostatecznie się zdecyduje.

Czy zatem mogę polecić ten film? Tak, bo dlaczego by nie. Może nie jest to produkcja na miarę Oscara, ale ogląda się – zwłaszcza w babskim gronie – nad wyraz przyjemnie. Poza tym puenta jest mocno krzepiąca – nie trzeba znaleźć swojego księcia z bajki, jak ma się tych 20 lat. Kolejnych 20 później też bywa całkiem zabawnie.

Zobacz zwiastun filmu:

Instagram