„Zła mama” od bardzo złych uczynków. Odważysz się przeczytać tę książkę?

Wyobraź sobie, że masz wszystko. Cudowne dziecko, kochającego męża, piękny dom, zdrowie, urodę, świetny gust, talent do pisania książek. Do tego jesteś dobrym, otwartym na ludzi człowiekiem, który jest gotowy rzucić wszystko i nieść pomoc tam, gdzie jest ona właśnie potrzebna. Wyobraź sobie, że zbudowałaś wokół siebie ciepłą, bezpieczną przystań – wyłącznie z wartościowymi, godnymi zaufania ludźmi. Że przez lata ciężko pracowałaś na to, by mieć to, co dzisiaj masz.

A teraz wyobraź sobie, że w Twoim życiu nieoczekiwanie pojawia się ktoś, kto postanawia sobie to wszystko od Ciebie wziąć.

JESTEM FIG I MAM OSOBOWOŚĆ PARANOICZNĄ

Fig Coxbury nie jest normalna. Co więcej, Fig Coxbury wie, że nie jest normalna. Ma nawet swoją psychoterapeutkę, którą nie do końca szanuje i z której zdaniem nie do końca się liczy, ale chadza do niej, bo – powiedzmy – lubi sobie pogadać. A gadać ma jednak o czym – z tematem poronienia na czele. Bo trzeba Wam wiedzieć, że Fig bardzo, ale to bardzo chciała być mamą. Dobrą mamą. I już, już kiedy to marzenie miało się wreszcie spełnić, a pod jej sercem zaczęło bić ponoć inne serce, wszystko trafił szlag. Dlaczego? Tego Fig nie rozumie. I wcale nie zamierza się z tym pogodzić.

Widzę, że dostajesz więcej, niż ci się należy. Nie mogę na to patrzeć. Boli mnie to, bo zasługuję na więcej, niż ty. Rzecz w tym, że mogłabym być lepszą tobą – brzmią pierwsze zdania „Złej mamy”. Otóż Fig nie ma na siebie pomysłu – od zawsze chciała być czymś lub kimś innym. Zapytacie: jak to czymś? Ano tak. Na przykład lampą, portfelem albo szminką. Czymkolwiek, czego ludzie potrzebują i czego dotykają. Chciała być chciana. Ale nie chceniem normalnym, zdrowym, jak ja czy Ty. Problem w tym, że Fig wszystkiego chciała więcej. A kiedy poznajemy ją na kartach tej przerażającej powieści, Fig naprawdę zamierza zrealizować wszystko to, czego chce.

A chce, jak nietrudno się domyślić, dziecka. Nie kolejnego – tamtego. Tamtej dziewczynki, którą niesprawiedliwie straciła – dwa lata, dwa miesiące i sześć dni temu. Jakby tego okropnego chcenia było jej mało, jej pragnienie podsyciło medium – kobieta, która przepowiedziała jej, że jeszcze kiedyś odnajdzie swoje utracone dziecko.

Wyobrażałam sobie tę chwilę wiele razy: że zobaczę ją jako nastolatkę, jako dorosłą kobietę, a nawet pielęgniarkę w szpitalu, w którym umierałabym ze starości – przyzna Fig. Co gorsze, przyzna to, kiedy zobaczy malutką, niczego niespodziewającą się Mercy. Dziecko innej matki i innego ojca, które pojawiło się w złym miejscu, w jeszcze gorszym momencie. I o którym Fig pomyśli, że to jest jej własne, odnalezione.

JESTEM JOLENE I MAM WSZYSTKO

Jolene to właśnie kobieta z początku. Ta, której w życiu nareszcie się poszczęściło. Która też ma za sobą jakiś bagaż niekoniecznie szczęśliwych doświadczeń. Też ma swoje problemy, lęki, swoją historię. Ale która zdołała ułożyć sobie swoje życie tak, że dziś inni jej tego zazdroszczą. Kobietę niby przezorną, która bardzo, ale to bardzo chce chronić swoją prywatność – do tego nawet stopnia, że swoje książki, choć uwielbiane przez tysiące czytelników, wciąż wydaje pod pseudonimem. Kobietę, która popełnia jednak jeden, bardzo prosty błąd – ma za dobre serce.

bad mommy recenzjaBo chociaż Jolene na placach zabaw stroni od innych matek, a niechęć do ludzi wyniosła jeszcze z czasów szkolnych, to pozwala sobie na chwilę słabości. Jak gdyby nigdy nic wita się z nowo poznaną sąsiadką, bo dlaczego by nie? Tak przecież każe nam przyzwoitość. Zaprasza do siebie na herbatę – jedną, drugą. Później na obiad. Kolację. Wpuszcza ją do tego swojego zamkniętego niby królestwa, bo raz, że sama łaknie najwyraźniej przyjaźni, a dwa, że uznaje, że sąsiadce przyda się pomoc. Tym bardziej, że ta nie dość, że ma raka, to jeszcze chodzą jej po głowie myśli samobójcze. Przyznaj sama: nie pomogłabyś?

Jolene ma przy tym wspaniałego męża, Dariusa. Jednego z tych mężczyzn, co to trafiają się raz na milion lat. Szaleńczo w niej zakochanego, mimo upływu lat wciąż spoglądającego na nią z niegasnącym pożądaniem, a do tego z pełnym oddaniem wychowującego nieswoje przecież dziecko. Bo musicie wiedzieć (co nie jest tu zresztą żadną tajemnicą), że to nie on jest ojcem Mercy. On tylko przygarnął do siebie jej mamę, kiedy była jeszcze z nią w ciąży. Czy Jolene mogłoby to nie ująć? Co więcej, Darius jest psychologiem – świetnie więc zna się na ludziach, umie rozmawiać, wie, jak i kiedy pomóc. Jest mężem, ojcem, przyjacielem, kochankiem. Na pierwszy rzut oka można by powiedzieć, że ideałem.

JESTEM DARIUS I NIE MAM SUMIENIA

Sęk w tym, że Darius nie do końca jest tym, kim jest. To znaczy: poza tym, dodatkowo jest jeszcze socjopatą, zdrajcą i chamem. Tutaj uwaga – proszę zasłonić ręką akapit, jeśli ktoś boi się zbytnich spoilerów – Darius bowiem ma pewną małą słabość. Do seksu. Może niekoniecznie małą, bo objawiającą się tym, że sypia z kobietami w ilościach hurtowych, co gorsza – rekrutując je spośród swoich własnych pacjentek. A zatem: sięgając po kobiety chore, zranione, złamane.

Co więcej, Darius ma też słabość do nagrywania się w czasie masturbacji i rozsyłania tego po swoich kochankach. Ma także pokaźną galerię zdjęć kobiecych ciał, czy raczej – ich bardzo konkretnych wycinków. I to nie jest tak, że on nie wie, że robi źle – ależ oczywiście, że wie!

To nie jest też tak, że on nie kocha swojej żony. Że mu się znudziła, że już go nie pociąga. Przeciwnie. Jolene jest absolutnie piękna i absolutnie seksowna. Wie, jak się ubrać i czym pachnieć, jaki wykonać gest, jak go zaciągnąć do łóżka. Przecież Jolene to żona idealna, Darius świetnie to wie i właśnie takiej żony u boku swym potrzebuje. Czego innego potrzebuje jednak na boku.

WRZUCIĆ DO BLENDERA I NACISNĄĆ PRZYCISK

A teraz wyobraźcie sobie, że wszystkie te postaci – tak przecież mocno naładowane cechami, z takimi silnymi charakterami i przeszłościami – traktujecie jak składnik na wyborny koktajl. Wrzucacie do blendera i włączacie przycisk. Efekt? Mieszanka wybuchowa, którą nietrudno się będzie zadławić. Bo taka jest właśnie „Zła mama”, czy raczej – panująca w niej atmosfera. Ciężka, niepokojąca, niebezpieczna. Brudna. To nie jest jedna z tych książek, które reklamuje się hasłem: idealna na długie, letnie wieczory. To jedna z tych książek, która w trakcie lektury wciąga, ale do której absolutnie nie chce się wracać. I bynajmniej nie dlatego, że fabuła nie jest dość wartka.

Przeciwnie. „Bad Mommy” to ciekawie pomyślany thriller psychologiczny, porównywany nawet do takich książek, jak recenzowana tutaj już kiedyś „Dziewczyna z pociągu”. Historia miłosnego trójkąta sprawdza się tu doskonale, a motyw stalkingu został pociągnięty w ciekawy i przekonywający sposób. Bo wyobraźcie sobie, że ktoś nagle pojawia się u Was w identycznej jak Wy sukience. Farbuje włosy na ten sam kolor, co Wy. Kupuje ten sam kubek. Fotel. Kanapę. Ściąga na zamówienie tę samą kotarę pod prysznic. Odwiedza te same restauracje. Jak długo to musi trwać i jak daleko sięgnąć, żebyście przestali traktować to jak zwyczajny przypadek?

Fig jest tutaj naprawdę świetnie skrojona. To wariatka, której należy się bać, bo swoje ofiary naprawdę umiejętnie oswaja. Która jest szalenie uważnym obserwatorem i przy którym sprawdza się stara jak świat zasada, że wszystko, co powiesz, może zostać użyte przeciwko Tobie. Bo musicie wiedzieć, że Fig chłonie jak gąbka. Kolekcjonuje informacje, a głowa robi jej za wielki i pojemny magazyn. W końcu – aby przejąć czyjeś życie i czyjąś tożsamość – trzeba się trochę napracować.

Aby nie zdradzać Wam jednak nic więcej – jeśli lubicie thrillery psychologiczne, to tę książkę dopiszcie do listy tych, które warto przeczytać. To dobre studium rozkładu – psychiki, przyjaźni, rodziny. To umiejętnie stworzony świat ludzkich zaburzeń – paranoi, psychozy, obsesji. Są tu doskonale skrojeni bohaterowie, ciekawie poprowadzona fabuła i wiarygodna motywacja. Jest też seks, a nawet dużo seksu, ale w wydaniu, które nie gorszy ani nie śmieszy (jak w „Pięćdziesięciu twarzach Grey’a”). Jest w końcu duszna, coraz cięższa do zniesienia atmosfera. I choć przyczepiłabym się do tego, że motyw dziecka gdzieś nam się w środku rozmywa, a całości brakuje trochę bardziej dramatycznego finału, to całość – jako wciągająca i mroczna lektura – całkiem zgrabnie się broni. A po dobrnięciu do końca, przed Fig będziecie się bronić i Wy.


„Bad Mommy. Zła mama” Tarryn Fisher ukazała się nakładem Wydawnictwa SQN.
Kupić ją możecie m.in. pod tym linkiem. 


Instagram