„Avengers Endgame”: Lista rzeczy, które zupełnie mi się nie podobały

„Avengers Endgame” to zamknięcie pewnej epoki w kinematografii. Kilkanaście lat twórczości, kilkadziesiąt tytułów oraz jeszcze więcej barwnych postaci. Wszystko zebrane w fajnym, klimatycznym i ciekawym uniwersum. To taka wisienka na torcie, wieńcząca wiele historii i dająca nowe otwarcie całej masie innych. Wydawać by się więc mogło, że będzie to film doskonały. Z pewnością jest dobry, może nawet bardzo dobry. Mnie jednak zdecydowanie bardziej podobała się poprzednia jego część. Co mi nie zagrało w najnowszej produkcji Marvela? Zapraszam do mojej subiektywnej listy.

Uwaga, będą spoilery.


NA POCZĄTEK KRÓTKIE WYJAŚNIENIE

Film jest hitem i już zapisał się na łamach historii. Aktualny ranking box office to tylko formalne potwierdzenie. „Avengers Engame” wyprzedza 4 inne produkcje ze stajni MCU, będąc jednocześnie drugim po „Avatarze”, najlepiej zarabiającym filmem w historii. I to są fakty, temu zaprzeczyć się nie da. Może, przy odrobinie dobrych wiatrów, „Avengers Endgame” stanie się liderem rankingu? Nie zdziwiłoby mnie to zupełnie. To jest kawał dobrej roboty, w świecie budowanym konsekwentnie od kilkunastu lat, produkowanym dla pokolenia, które w zasadzie wychowało się na filmach, a nie komiksach Marvela. Brawa i pełen podziw.

Oraz druga sprawa. Ja jestem widzem casualowym. Nie czytałem komiksów, nie jestem w fandomie, nie jaram się wieloma rzeczami, na widok których inni dostali wylewu. Przykład? Cap podnosi Mjölnir. Przejrzałem kilka recenzji i okazało się, że ludzie czekają na to od dłuższego czasu. Mnie to ani ziębi, ani grzeje. Bardziej nawet ziębi. I co w związku z tym? Ano nic, to tylko moja opinia. Może z Waszej perspektywy zupełnie absurdalna. Macie prawo do niej, tak jak i ja do swojej.

Faktem natomiast jest, że o ile z „Infinity War” wyszedłem poruszony (o czym przeczytacie pod tym linkiem), pozytywnie zaskoczony, zaintrygowany dalszymi losami bohaterów, zasmucony historią, dziwnie sympatyzujący z Thanosem, o tyle po „Endgame” miałem wyłącznie płytkie odczucia. Obejrzałem i tyle, trochę bezrefleksyjnie. Oczywiście były momenty, który wgniotły w fotel lub napełniły oko łzą. Było ich jednak znacznie mniej niż tych, które zwyczajnie mnie irytowały i psuły odbiór reszty.

A zatem: co nie podobało mi się w „Avengers Endgame”?

avengers endgame


AKCJA WARTKA JAK W „DOKTORZE WHO”

Przed napisaniem tego tekstu usiadłem i obejrzałem jeszcze raz „Avengers: Infinity War”. Tylko po to, aby sprawdzić, czy tam też się tyle działo i czy ten film mnie zmęczył. Okazuje się, że nie. Co jest dość dziwne, bo tam działo się równie wiele, może nawet i więcej niż tutaj. Postacie miały lepszą ekspozycję, fabuła wydawała się kompletna, prowadząc do klarownego finału. Wszystko spinało się w poukładaną i przejrzystą całość.

„Endgame” to taki scenariusz z syndromem Touretta. Nie wiesz, czym za chwilę Cię zaskoczy, ale masz świadomość, że nie musi być to przyjemne, ani logiczne. Postaci jest mniej, wątków zdecydowanie więcej, Skaczemy więc razem z podzieloną ekipą to tu, to tam, mając wrażenie, że film jest lepiej skondensowany niż przecier pomidorowy. Mamy przecież masę historii do wyjaśnienia w ledwie 3 godziny. W dużej mierze udaje się to zrobić, jednak niektóre epizody pozostawiają niesmak.

Na tym wszystkim tracą postacie. Strange, będąc filarem scenariusza w „Infinity War”, w „Endgame” jest tym gościem, który poza zrobieniem teleportu przez resztę kluczowej sceny bitwy trzyma wodę. Serio, mnie to bardzo zabolało, bo właśnie na Strange’a bardzo czekałem.

I te podróże w czasie, które dodatkowo komplikują odbiór takiemu odbiorcy, jak ja. Ja podróże w czasie znam tylko z „Back to the future”. A te Marvelowskie nie działają tak, jak tamte…

I to wszystko jest spoko, to są rzeczy, na które można przymknąć oko. Tylko materiału w tym scenariuszu było spokojnie na dwa filmy. Próba uciśnięcia tego w jeden raczej się udała, jednak wywołała pewne zgrzyty, niedopracowania. Coś, czego nie czułem do tej pory w produkcjach Marvela.

avengers endgame


CO ZA DUŻO, TO NIEZDROWO

Widzieliście plakat „Avengers Endgame”? Sporo tam postaci, prawda? Chwilę przed seansem „Endgame” poszedłem do kina na „Captain Marvel”. Na jakimś kanale nerdowskim usłyszałem, że jest to kluczowa dla „Endgame” postać. No nic, tylko iść i oglądać.

Wyszedłem z obu filmów wyjątkowo zirytowany. Raz, że „Captain Marvel” to film nudny jak flaki z olejem, a dwa, że w „Endgame” jej rola była marginalna. Pojawiła się bez celu w pierwszej scenie i w zasadzie na zamknięciu, nie zmieniając zupełnie nic w fabule. Tylko błagam, nie mówcie, że uratowała Starka, bo to można było rozegrać na 5 innych sposobów.

Mamy więc zupełnie nową postać, której mogłoby nie być. Oraz ludzi, których dobrze znamy, czyli Strange trzymający wodę, Pantera robiący parę skoków za rękawicą, Valkiria gdzieś tam w migawce czy Pepper Potts w jakże oczekiwanym kombinezonie Iron Mana na paru klatkach. Oraz taki marginalny Nick Fury, w jednej scenie na pogrzebie Tony’ego. Szkoda, bo ciężar można było rozłożyć inaczej. Ale rozumiem też, że w tym biznesie liczą się cyferki, a te wykręciła Brie Larson.

avengers endgame


DOBREGO SIĘ NIE ZMIENIA

Idąc na ten film, wiedziałem, że ktoś zginie, coś się zmieni, coś musi się dziać, abyśmy nie byli mentalnie w części poprzedniej. Wiele rzeczy siadło bardzo dobrze, ale kilka mnie przerosło. Coś, co według wielu jest genialnym posunięciem, dla mnie było wyjątkowo płytkim zagraniem. Mowa o nowej kreacji Thora – zapasionego opoja z depresją. Nadal boga, ale zapuszczonego, bez wiary, bez przekonania. I w sumie to mogłoby tak wyglądać, gdyby nie przeciągnięcie tego wątku. Ja serio myślałem, że to się zaraz skończy, ale gruby Thor był z nami do ostatniej klatki. Postacie w Marvelu ewoluują stale, jednak ta zmiana utkwi mi w pamięci na długo. Szczególnie, że ja chcę pamiętać Thora z genialnego „Ragnaroku”, a nie znad beczki z piwem.

No i Hulk. Tego też nie mogę przeboleć. Każda fantastyczna postać z rozdwojeniem jaźni kojarzy mi się z dwiema jej wersjami. Dobrą i złą. Hulk pasuje idealnie do tego obrazu. W „Avengers Endgame” dostajemy mutację obu wersji, która jest ni to Bannerem, ni to Hulkiem. I to w zasadzie taka świnka morska – ni to świnka, ni morska. Zupełnie do mnie nie przemawiała ta kreacja. Szczególnie, kiedy dostawała od reżysera śmieszkowate kwestie. Hulk śmieszy, kiedy niszczy. Hulk inteligent to takie zaprzeczenie samej idei.

Powyżej tylko te rzeczy, które mnie irytowały. Film niesie za sobą wiele innych niedopowiedzeń i niedopracowań. I lista każdego jest zapewne inna – moją już znacie. Możecie też dodać swoje zarzuty. Chętnie się dowiem, co i Wam się nie podobało. To nie jest tak, że ja lubię iść pod prąd, jednak uważam, że ten film zdecydowanie nie jest najlepszym z całej serii Marvela.

avengers endgame


„AVENGERS ENDGAME”: TO W KOŃCU WARTO NA TO IŚĆ?

No pewnie! Ale musisz obejrzeć przynajmniej „Avengers: Infinity War”. Poprzedzające go bodajże 22 filmy nie są aż tak konieczne, jednak ten jeden znać musisz. Tak jak wspomniałem, film jest dobry, nawet bardzo. To mnie zawiódł na wielu polach i nie spełnił jakichś tam postawionych oczekiwań. Nie zmienia to jednak faktu, że jest to bardzo dobra produkcja, która już stała się historią. Są piękne sceny, są uczucia, są piękni ludzie z super mocami. To jest świat, w którym każdy z nas potrzebuje znaleźć się raz na jakiś czas. To jest pewien przełom, który znać trzeba.

Weź więc przyjaciół, partnera czy kolegów z pracy i podarujcie sobie te trzy godziny rozrywki, bo zdecydowanie warto. Albo zróbcie sobie wolne, i idźcie do kina jak ja z Asią – daleko po premierze, w czwartek, na obrzeżach Warszawy, w środku dnia. Tylko my, popcorn, pusta sala i film ;-)


A dla nieprzekonanych – zwiastun:

22
Dodaj komentarz

avatar
9 Comment authors
wartoRadekPawełAlexei KaumanavardzeHades Recent comment authors
  Subscribe  
Powiadom o
Piotr Kopciński
Użytkownik
Piotr Kopciński

Recenzja jak inteligencja autora, ktory o zyciu wie tyle ze przecier pomidorowy to to samo co koncentrat z tychze owocow :D

Alexei Kaumanavardze
Użytkownik
Alexei Kaumanavardze

Ale bełkot. Film jest od nerdów , dla nerdów. Profesor Hulk pokazuje drogę jaka przeszedł Banner ( scena w NY robi to najlepiej). To, ze podróże działają tu inaczej sprawia, ze nie są Deus ex machina, kapitan marvell nie mogła być w filmie bo pilnuje więcej niż jednej planety. Ehhh… żeby w pełni cieszyć się filmem trzeva obejrzeć z 10 filmów…

Rafał Bagiński
Użytkownik
Rafał Bagiński

Cieszę się że znalazł się tu ktoś kto rozumie Universum Marvela. Infinity War oraz End Game to zwięczenie wszystkich części Universum. Ewolucja choćby samolubnego Starka, istota istnienia Kapitana Ameryki oraz całej reszty Bochaterów. Ale z tymi nerdami to przesadziłeś.😉Pozdrawiam!

Alexei Kaumanavardze
Użytkownik
Alexei Kaumanavardze

Filmem dla nerdów określili Endgame sami reżyserzy u Jimmyego Kimmela. Śmieszne, bo piszę to z Iphonea. Dla mnie Endgame wygrywa w tych leniwych momentach, kiedy właśnie widzimy drogę tych postaci. To film o oryginalnej szóstce, o rodzinie jaką stworzyli, więc nie można oczekiwać obecności postaci spoza „core” Avengersów. I tak znalazły się chwile „Fuck Yeah” dla każdego bohatera (Scarlett Witch <3). Endgame w przeciwieństwie do 8mego sezony GoT uwypukla te drogę, zamiast ją chować. Co do podróży przez czas. Co najmniej dwa razy różne postacie wyjaśniają nam ich istotę w tym uniwersum, jednocześnie wyśmiewając ich istotę w innych produkcjach. Jaśniej… Czytaj więcej »

Karol
Gość
Karol

Recenzje to 5 latek by lepszą napisał. Recenzja nic nie wnosi. Napisana bo napisana brak logiki wogole.