Żony są w domach, a kurwy za płotem. Historia pewnego debiutu

Na zdj. kadr z filmu „Kroll”, reż. Władysław Pasikowski

Od piętnastu lat jesteśmy kuplami. Wszystko robiliśmy razem. I teraz też, razem, rżniemy tę samą kobietę.

Marcin Kroll, „Kroll”, reż. Władysław Pasikowski

Nie ma chyba drugiego reżysera, który tak bardzo namieszałby mi w głowie. Jasne, że uwielbiam, jak Tim Burton rozpieszcza mnie estetyką swoich filmów, jak Pedro Almodóvar rozśmiesza mnie do łez, a Woody Allen swoim inteligentnym humorem po raz kolejny puszcza do mnie oczko z ekranu. Ale wychował mnie jeden. Ojciec surowy i każący, niekiedy wulgarny i wściekły. Ale też szczery i sprawiedliwy, to jest taki, który zafundował mi klarowny obraz świata. Może mocno zdegenerowany, ale jednak taki, który już znam i w którym czuję się doprawdy bezpiecznie.

krollPodziały są tu jasne, reguły wszystkim znane. Są dobrzy i źli, nic nie dzieje się bez przyczyny, a wszystko, co robią bohaterowie, umotywowane jest w jeden, klarowny sposób: w imię zasad, skurwysynu. Mocno amerykańskie to kino, a jednak robione po polsku. I nie, nie mówię o ostatnim „Jacku Strongu” czy wcześniejszym „Pokłosiu”. Oba, choć dobre, to nie przedefiniowały mi świata na nowo. Ale „Psy”, „Reich”, „Demony wojny wg Goi” czy „Kroll”– już tak.

W „Krollu” historia jest prosta: tytułowy bohater odbywa służbę w wojsku, aż dowiaduje się, że przyjaciel pierdoli mu żonę. Prosta sprawa, też byłbyś zły. Do tego zabija się inny, dręczony żołnierz, któremu Kroll starał się pomóc. Kroll daje więc nogę. A że dezercja i samobójstwo to sporo, jak na jedną jednostkę, to jej dowódcy – chcąc uniknąć skandalu – postanawiają po cichu odnaleźć zbiega. I tu w roli ekspedycji karnej – wspaniały jak zawsze Bogusław Linda i pięknie za nim drepczący Cezary Pazura. Trochę mi smutno, że nie Mirosław Baka, bo ponoć to on pierwotnie objąć miał rolę, a słabość do niego również jednak mam. Ale młody Pazura też dał tu radę. Podobnie jak Olaf Lubaszenko, grający Krolla, czy Dariusz Kordek w roli przyjaciela Krolla, Kuby.

krollJakkolwiek, to też mocno amerykańskie. Pościg, tykający zegar. Czas tylko do rana. Sensacyjnie tu i mocno niepolsko. I do tego Grand Hotel, do którego totalną mam słabość. Nie, nigdy nie byłam i nic nie wskazuje na to, żeby w najbliższym ćwierćwieczu było mnie na to stać. Ale chyba każdy ma w swojej głowie jakieś ołtarze. Rzeczy, przyjęte na wiarę, które z pewnych względów go fascynują i dla których chciałby tam dojść. W sopockim Grandzie planowałam nawet wakacje. Jeden, jedyny nocleg. Jedną, krótką noc. Sprawdźcie ceny na sierpień – zrozumiecie, dlaczego nie wyszło.

Krollowi też sporo nie wyszło, bo jednak smutne, kiedy przyjaciel posuwa Ci żonę. No, definitywnie, ogarnia wtedy człowieka złość. Ale Kroll też nie jest tu święty. Święty za to jest Linda, święty jest grany przez niego porucznik Arek. Kiedy Kuba, ten wspaniały niegdyś przyjaciel z młodości, decyduje się obandażować i podszyć pod Krolla, żeby dać mu możliwość ucieczki, Arek milczy jak grób. Brew mu nawet nie drgnie, a gdy w jednostce przyjdzie moment konfrontacji, rzuci tylko: Sztuka jest sztuka. Liczba żołnierzy się zgadza, nieważne, że Kroll to nie Kroll. Kuba posiedzi więc w wojsku za kumpla. 329 dni, w ramach odkupienia win.

krollNie dziwota zresztą, że wszyscy biorą stronę Krolla. Uciekłeś, żeby zabić? Uciekłeś, żeby wybaczyć. Żeby uwierzyć, że masz wierną i wspaniałą żonę, tego chciałeś. Tylko że potem okazało się, że to kurwa. To tak, zawsze jest, kiedy się chce wierzyć, że ma się kobietę – pięknie tłumaczy go Arek.

Podobnego zdania jest grany przez Pazurę kapral Wiaderny, który od razu wyrzuca Kubie: Z początku myślałem, że ty pedał jesteś, a ty ostatnie bydlę jesteś, bo ty, gnoju, świętości nie umiesz uszanować, a żona przyjaciela we wojsku jest święta, rozumiesz? Reklamację sobie załatwiłeś z armii i cwaniaczek jesteś, ale na kompanii byś zdechł pierwszego dnia. I na gębę nic nie wyjaśnisz! W armii wszystko jest proste! Żony są w domach, a kurwy za płotem i trzeba być człowiekiem, a nie ścierką!

I to są proste zasady. Męskie zasady. Prawdą zresztą jest, że Pasikowski zawsze umieszcza w tych filmach kurwy. Że te kobiety łajdaczą się na prawo i lewo, że – mimo tożsamej płci – sama chciałabym dać im w ryj. Ale to jest tu norma, tak musi być, żeby ten świat stał się, widać, kompletny.

kroll„Kroll” to akurat debiut. Świetnie przyjęty, wielokrotnie nagradzany. Dziś trochę już zapomniany, podczas gdy „Psy” przeszły już do legendy. To one zrobiły z Pasikowskiego najbardziej kasowego reżysera lat 90., to one meblowały mi głowę.

Ale „Krolla” też warto obejrzeć. Chociażby po to, żeby zobaczyć, czym jest polska wściekłość i wrzask. A potem z nutką żalu przyznać, że dzisiaj takich filmów już nie ma.