„Zniewolony. 12 Years a Slave”. Niestety, nic poza wściekłością

Na zdj. kadr z filmu „Zniewolony. 12 Years a Slave”, reż. Steve McQueen

Ciało niewolnika należy do pana, ale jego duch jest wolny.

Seneka

Zamknijcie oczy i pomyślcie o niewolnictwie. Co widzicie? Bo ja białego pana, zastępy czarnych i plantację bawełny. Widzę strach, ból, upokorzenie. Wyzysk i niesprawiedliwość. Strzelający w powietrzu bat, gwałcone kobiety i bitych mężczyzn. Jeśli widzicie to samo, posiedźcie tak przez 133 minuty. Gratulacje, właśnie zaoszczędziliście pieniążki na bilet.

Zniewolony filmTak, wiem doskonale o tych wszystkich nagrodach, które „Zniewolony” zdążył już dostać. Wiem o dziewięciu nominacjach do Oscara i czytałam tonę tych przemądrzałych recenzji, rozpływających się nad geniuszem McQueena i ubolewających nad okrutnym losem niewolników. Ale nie powiem, że mnie ten film zachwyca, skoro – na litość boską – nie ma czym zachwycać.

Oto dostajemy historię czarnoskórego muzyka, Solomona Northupa, który urodził się jako człowiek wolny. Miał szczęśliwą rodzinę, dobry zawód, stosowne wykształcenie. Padł jednak ofiarą podstępu – został porwany, wywieziony z miasta i sprzedany jako niewolnik. Z dnia na dzień stracił wszystko, włącznie z nazwiskiem. Na plantacjach trzciny cukrowej oraz bawełny spędził – jak zdradza sam tytuł – dwanaście okrągłych lat.

Chociaż zabrzmi to jak bluźnierstwo, to kiedy myślę o tym filmie, mam przed oczami Klaudię Kulawik. Pamiętacie Klaudię Kulawik? Tę uroczą jedenastolatkę w czerwonej sukience i białych podkolanówkach? Pewnie, że tak.  Kiedy pojawiła się w pierwszej edycji „Mam talent”, wszyscy oszaleli z zachwytu. Bo taka mała, a tak porusza.

Zniewolony filmPubliczność uroniła niejedną łezkę, jurorom głos grzązł wtedy w gardłach. Później podchwyciły to wszystkie programy typu talent show. Wszędzie pojawiały się dzieci, które wychodziły na scenę i wystarczyło, żeby wdzięcznie dygnęły, a ochom i achom nie było końca. Bo publika chce takich emocji. Chce, żeby wymuszać na niej te łzy, fundować jej zbawcze katharsis.

Tu mamy podobnie. Świat się zachwycił modelem. Mamy pokazany ucisk, niesprawiedliwość, cierpnie. Nad tym należy się pochylić, zastanowić, zapłakać. Ale czy na tym ma polegać wartość takiej produkcji? Gdzie tu cokolwiek nowego? Odkrywczego? Czy naprawdę potrzebowaliśmy ponad dwóch godzin filmu, żeby zrozumieć, że niewolnictwo było złe? Przecież od dawna to wiemy.

Nie mówię, że to kiepskie kino. Ale ta opowieść nie różni się niczym od innych opowieści o losach niewolników. Oczywiście, że temat to ważny i że dobrze jest przypominać kolejnym pokoleniom, jaka plama ciąży na historii Stanów Zjednoczonych. Wspaniale, że wziął się za to reżyser tak dobry, że w rolę głównego bohatera wcielił się świetny Chiwetel Ejiofor, a za muzykę odpowiadał genialny Hans Zimmer. To jednak za mało, żeby obwieszczać film arcydziełem i oczekiwać pięćdziesiątej z rzędu nagrody.

Zniewolony filmTym bardziej, że sceny nieludzkiego bicia przedłużają się tu w nieskończoność, a ból kolejnych razów widz odczuwa w sposób niemal fizyczny – naprawdę, zdarzało mi się odwracać wzrok i kontemplować fakturę posadzki. Ostatni raz takie emocje towarzyszyły mi przy okazji „Pasji” Mela Gibsona, a oglądając ją, miałam, zdaje się… osiemnaście lat? Nie dałam nabrać się wtedy, nie dam nabrać się teraz.

To nie jest film, godny Oscara. Ale ja nie jestem obiektywna, bo kocham się w „Wilku z Wall Street”. Nigdzie indziej alkohol nie leje się strumieniami i nikt tak ładnie, jak Leo, nie umie się sturlać ze schodów. Chociaż początkowo to Matthew McConaughey kradnie show i za niego też mocno trzymam kciuki. Aż do odcisków.

Sami widzicie, że na „Zniewolonego” kciuków zwyczajnie już brak.