Zły David, niedobry David. Bo piwo takie zimne, a Rosja taka ładna

Na zdj. David Duchowny w jednym z odcinków „Californication”

„Gdybym był Rosjaninem, miałbym wiele powodów do dumy”.

David Duchovny w reklamie rosyjskiego piwa

Szalenie zadziwia mnie to, co zadziwia innych. Jak na przykład fakt, że aktor zdecydował się zagrać w reklamie. Że wykonał swoją pracę. Że zarobił pieniądze. Wydawało mi się, że taki układ funkcjonuje na świecie od wielu, wielu lat, ale chyba jednak nie, skoro wciąż są tacy, którzy na samą wieść o nim z zaskoczenia otwierają usta.

Chodzi oczywiście o reklamę rosyjskiego piwa, w której wystąpił David Duchovny. Reklamę – co tu dużo mówić – dobrą! Tak pod względem fabularnym, jak i technicznym. To kawałek naprawdę zgrabnie opowiedzianej historii. Historii tym ciekawszej, że przedstawiającej alternatywne losy aktora w myśl zasady: co by było, gdybym urodził się w Rosji. I naprawdę fajne są tu scenariusze. Raz widzimy, jak w roli astronauty pozdrawia nas gdzieś z dalekiego kosmosu, raz jest nauczycielem baletu, który w okularach i czarnym golfie koryguje ruchy swoich młodziutkich tancerek. Innym razem przemierza samotnie odległe puszcze, jeszcze innym – zaskakuje nas karierą hokeisty i idącym z nią w parze brakiem uzębienia. Nawet mówi tych kilka zdań po rosyjsku, z naprawdę przeuroczym akcentem. Ale to wszystko, słuchajcie, jest dzisiaj nieważne. Nieważne, bo reklama jest prorosyjska, a W TYM MOMENCIE być po stronie Rosji to jednak gruba przesada.

A ja się pytam, który to jest TEN moment? Tak, wiem, co się dzieje na świecie, jaka jest sytuacja gospodarcza i polityczna, ale nieśmiało chciałabym zauważyć, że życie to nie tylko gospodarka i polityka. Rosja to nie tylko Putin i uzbrojone oddziały, to także ludzie, tacy jak ja, Ty albo Baśka z ekipy TVN. Rosja to także bogata, fascynująca kultura, przed którą klękać powinny inne narody. To kraj, który tętni życiem, który ma święte prawo do tego, by funkcjonować normalnie, nawet jeśli inni zdają się myśleć inaczej.

Całkiem ciekawe jest przy tym to, jak Duchovny zagrał tej Rosji na nosie. Nie wiem, czy zrobił to z premedytacją, czy sam się plącze w przesuwaniu palcem po mapie, ale wcześniej w wywiadach wspominał, że korzenie ma to rosyjskie, to polskie, teraz zaś się okazuje, że najpewniej to ukraińskie. I tutaj kontekst polityczny ma jednak spore znaczenie. Rosja się więc trochę zagotowała, ale całą sytuację pięknie podsumowała jedna z komentatorek Gazety: Polska, Rosja, Ukraina – oj tam, prawie to samo, gdzieś tam na Kontynencie. W każdym razie na pewno są tam niedźwiedzie. I smoki – napisała niejaka tulencja.

I pewnie też bym się tylko z tego zaśmiała, gdyby nie przygoda sprzed trzynastu mniej więcej lat. Prosta sprawa: szkoła, wymiana. Jedziemy do Francji, każde z nas przez tydzień mieszka z obcą rodziną. Moja nowa koleżanka pyta mnie całkiem poważnie: tam, w Polsce, macie tylko zimę? Bo ja mam ciepłe ubrania. I powiedz mi, czy to prawda, że u Was na ulicach można spotkać niedźwiedzie?

Nie, ta dziewczyna nie była idiotką. Tak, jej znajomi także sądzili, że Polska to zima i przydrożny miś.

Niemniej, nie wstydzę się, że urodziłam się tu, gdzie się urodziłam. Tak, jak nie wstydziłabym się, gdyby tym miejscem była Ukraina czy Rosja. Dlatego popieram reklamy takie jak ta. Gustowne i na poziomie. A w Duchovnego nie rzucę kamieniem. Ani nawet kapslem od piwa.

A reklamę zobaczcie sobie tu: